wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 6 " Świat się nie zmienia - to my się zmieniamy"

 Ciemność - to była jedyna rzecz, o której myślałam. Którą czułam i byłam tego w pełni świadoma. Ogarnęła moje ciało i duszę.
 Mrok otaczał mnie ze wszystkich stron. Próbowałam unieść rękę, zacisnąć dłoń, ale nie mogłam wyczuć swojego ciała. Jakbym sama stała się powietrzem. Po prostu nie istniałam...
 Nagle naszła mnie pewna myśl - Może, ja rzeczywiście nie istniałam? Może to właśnie nas czekało po śmierci? Jedna wielka Nicość.
 Nie! Nie mogłam umrzeć! To był nieprawdopodobne, ale... Właściwie, to kim ja byłam? Czy zawsze to mnie otaczało? Czy... czy istniałam jako niezależna materia wcześniej, zanim doprowadziłam się do takiego stanu? I dlaczego właściwie się tu znalazłam?
 Milion pytań - żadnych odpowiedzi.
 Usłyszałam cichy szept, jednak nie wiedziałam skąd pochodzi. Tak, jak ja, zlał się z nicością.
 Krzyknęłam, chociaż tak naprawdę nie wydałam z siebie żadnego odgłosu. Byłam sama, z czymś czającym się gdzieś w ciemnej przestrzeni.
 I znowu to usłyszałam - ciche warczenie, które przeszyło moje ciało ( albo czymkolwiek byłam ). Nie wiedziałam czy mam oczy otwarte, i czy je w ogóle posiadam, ale to było bez różnicy. Wszystko wyglądało tak samo.
 Nagle poczułam, jak coś wokół się zmienia. Delikatne szarpnięcie z boku, które przyczyniło się do zawrotów głowy.
 Nie... Tylko nie znowu... - pomyślałam, nie wiedząc dlaczego.
Miałam wrażenie, że się unoszą, albo spadam. Jednak jednego byłam pewna - przemieszczałam się i nie umarłam. A ktoś właśnie się o mnie upomniał.

***

 Otworzyłam oczy i od razu tego pożałowałam. Wraz z pojawieniem się światła, pojawił się ból głowy. I to nie byle jaki. Nawet, gdy ze wszystkich stron atakowały mnie cudze myśli nie odczuwałam to aż tak wyraźnie. Miałam wrażenie, jakby ktoś po prostu walił mnie młotkiem po głowie.
 Po kilku minutach wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Gdy moje zmysły wracały na swoje miejsce, zauważyłem, że znajdowałam się we własnym pokoju. 
 Nie wiedziałam czemu, ale byłam pewna, że powinnam być gdzieś indziej. Nie miałam pojęcia, jak trafiłam do swojego pokoju, ale... Nie. Musiałam iść. To nie było moje miejsce. Wiedziałam, że musiałam zrobić coś ważnego, tylko nie wiedziałam co. 
 Chwyciłam torbę i wybiegłam z domu, kierując się w stronę szkoły. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i zauważyłam, że jest kilka minut po siódmej. Letty na pewno jeszcze była w domu, a ciotka... miałam nadzieję, że domyśli się, iż już wyszłam do szkoły. 
 Dotarłam do niej w kilka minut, doceniając jednocześnie szybkość tramwajów. 
 Z racji tego, iż przed budynkiem nie było nikogo znajomego, skierowałam się do biblioteki. 
 Błądząc przez różne regały szukałam pani Steele. I w końcu znalazłam ją, układającą książki na swoje miejsca. 
 - Kruszynko! - Zawołała dostrzegając mnie. 
Florence stał tuż obok niej i pochylając się sprawdzał książki, które miała. Na mój widok uśmiechnął się, jednak zaraz na jego twarzy pojawił się grymas. 
 - Dziękuje, że w końcu sobie o mnie przypomniałaś! - Krzyknął, po czym ruszył przed siebie.
 Zignorowałam jego fochy i skupiłam się na staruszce. 
- Mam dla ciebie idealną książkę - powiedziała radośnie. 
- Dziękuje, ale jeszcze nie przeczytałam ostatniej...
- To nic! - przerwała mi.- Ta na pewno ci się spodoba.
 Powoli wstała i, zostawiając wózek, udała się do swojego biurka. Postanowiłam za ten czas odnaleźć Florenca. 
 Jak zwykle siedział w swoim koncie i z uniesioną głową do góry, pogardliwie spoglądał na wszystkich krzątających się po bibliotece. 
- Możemy porozmawiać? - zapytałam, siadając obok niego.
 - Cóż... Dżentelmenom nie przystoi ignorować tak pięknych i nieprzyzwoitych kobiet. A więc słucham. Co chciałabyś mi powiedzieć? Może jakieś przeprosiny? 
- Przecież jestem tutaj prawie codziennie... Czasami nie mam czasu z tobą porozmawiać, ale ty też mógłbyś raz wyjść do ludzi - przerwałam na chwilę - czy też nieludzi i spędzić z nimi trochę czasu. Jak można od kilku stuleci nie wychodzić z tej biblioteki? 
 Florence otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, gdy tuż obok mnie pojawiła się bibliotekarka, wyciągając do mnie dłoń z książką.
 - Dziękuje - powiedziałam, a następnie spojrzałam na tytuł. - Romeo i Julia? Przecież ostatnio mi ją pani dała. Jeszcze nie skończyłam jej czytać.
- Nie dawałam ci żadnej książki - zaprotestowała. - Ale powinnaś ją teraz zacząć czytać.
- W domu ją przeczytam. Obiecuję - uśmiechnęłam się do niej, a następnie sięgnęłam po torebkę, aby ją wrzucić do środka. Jej dłoń spoczęła na mojej, przez co uniosłam głowę, aby spojrzeć jej w oczy. Patrzyła na mnie surowym wzrokiem - zupełnie nie podobnym do niej. 
- Otwórz ją. Teraz - nakazała. 
Wypuściłam głośno powietrze i otworzyłam na stronie tytułowej. Jednak nie widniał na niej tytuł książki, tylko zdanie. Napisane w innym języku, jednak ten język był mi znajomy. " Iblis daima iblis bulmak". 
- Nie rozumiem - powiedziałam. - Co to znaczy?
- Czytaj! - Krzyknęła kobieta, a przez moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. 
Odwróciłam się do Florenca i, ignorując fakt, że ktoś usłyszy moją rozmowę z nim, zwróciłam się do niego:
 - Nie ma mnie parę dni, a wy już świrujecie? - Zaśmiałam się.
Duch zmierzył mnie zdziwionym spojrzeniem.
- Nie było cię więcej niż kilka dni - wyznał. - Castiel, jesteś poszukiwana od ponad dziesięciu lat - powiedział, a następnie znów pojawiła się nicość. Ciemność znów mnie do siebie wzywała.

***

- Castiel! - Zawołała kobieta. - Chodź! Zaraz jedziemy do babci.
Czterolatka z trudem zeszła po schodach, zaciekle trzymając się poręczy. Jednak nie poprosiła kobietę o pomoc. Chciała pochwalić się swoim drobnym sukcesem. 
- Mamo... - jęknęła dziecięcym głosem. - Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywała. Nie lubię swojego imienia - oburzyła się. 
Brunetka klęknęła przed nią na jedno kolano, po czym pomogła jej założyć kurtkę. 
 - Czemu? Jest piękne... Dla aniołka idealnie pasuje - zaśmiała się.
 Dziewczynka zmarszczyła swój malutki nosek, a następnie skrzyżowała ręce na piersi i tupnęła nogą o podłogę. 
- Ale powiedziałaś, że to nie jest anielskie imię! Sama mi mówiłaś, że one kończą się na"l" tak, jak moje, ale ja nie jestem aniołkiem...
- Kochanie, każde imię kończące się tak należy do aniołów. Ty jesteś człowiekiem, więc twoje imię także musi być wyjątkowe. Castiel jest bliższe Bogu niż Rafael, albo Gabriel. 
- To jest głupie - zaprotestowała.
 - Kiedyś może zrozumiesz- westchnęła kobieta ubierając jej czapkę. Trąciła puchową kuleczkę na jej czubku. 
- Pójdziemy na koniki? - zapytała przepełniona entuzjazmem. 
- Jeśli babcia się zgodzi to... - kobieta nie dokończyła, gdyż jej córka wybiegła z domu wykrzykując imię jej ulubionego konia.


***

 Otworzyłam oczy i tym razem postanowiłam upewnić się, że to nie jest kolejny sen. 
 Leżałam sama na łóżku. Jednak w pokoju był ktoś jeszcze. Oprócz Mitcha, na kanapie siedział też Jackson. Oparł łokcie na kolanach, a twarz schował w dłoniach. 
 To na pewno nie był żaden sen. Pamiętałam wczorajsze wydarzenia. Nasza mała kłótnia z Markiem, moja większa sprzeczka z Jamesem, zabawa w domu i... niefortunne wywoływanie duchów. A także jego skutki. Od razu chwyciłam się za szyję. Nie wyczułam żadnych śladów, więc... może to mi się przyśniło?
 Mitch spojrzał na mnie, gdyż usłyszał, że się poruszyłam. Na jego twarzy zabłąkał się mały uśmieszek. Żałowałam, że zostałam zdemaskowana. Najchętniej zostałabym jeszcze w łóżku tak, aby nikt mi nie przeszkadzał. Ale cokolwiek bym nie zrobiła, od problemów nie można było uciec. 
 Gdy Mitch się poruszył, Jackson uniósł głowę i spojrzał na mnie. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że on go widzi. I to wszystko rzeczywiście się wydarzyło...
- Cass - szepnął, a w jego oczach dostrzegłam ulgę.
 Poderwał się na nogi i już po chwili klękał przed łóżkiem, trzymając moją dłoń w swojej i składając na niej drobne pocałunki.
 - Dzięki Bogu, w końcu się obudziłaś... 
 Zabrałam mu dłoń i usiadłam na łóżko. Wzięłam poduszkę do rąk, po czym ją przytuliłam. Nie wiem czemu, ale poczułam się przez to lepiej. 
 - Cass... pozwól mi to wyjaśnić - zaczął.
 - Och! Mam nadzieję, że mi to wyjaśnisz. Okłamałeś mnie. Ty, James i Azz. Czy ktoś jeszcze należy do waszej zgrai? 
Chłopak przetarł dłonią twarz, a następnie głośno wypuścił powietrze.
 - Nie okłamaliśmy cię, Cass. To było niedopowiedzenie, a nie kłamstwo.
 - Nie lubię niejasności, ani żadnych niedopowiedzeń. Byłeś ze mną i ukrywałeś takie coś przede mną? To również zalicza się do kłamstwa. Zdajesz sobie sprawę, jak ja się czułam? Przez te wszystkie lata myślałam, że jestem sama. Że jestem jakąś świruską, a teraz pojawiacie się wy i jesteście tacy jak ja!
 - Proszę... Wysłuchaj mnie chociaż przez chwilę. Mam ci tyle do powiedzenia.
 - Słucham - ścisnęłam jeszcze bardziej poduszkę, próbując jakoś potrzymać się na duchu. Tak naprawdę miałam ochotę się rozpłakać. Zwinąć się w kłębek i pozwolić ogarnąć się rozpaczy. Ale nie mogłam na to pozwolić. 
 - Nawet nie wiem od czego zacząć - westchnął.
 - Może od tego dlaczego Azz tak zdenerwował się na moje słowa? Albo najpierw powiedz mi kim wy jesteście.
 - Jeśli chodzi o nas... To tak naprawdę nie przepadamy za sobą. Owszem, łączy nas wspólna przeszłość, ale jesteśmy tak jakby swoimi wrogami. Cass... To, że się poznaliśmy nie był zwykłym przypadkiem. Ja miałem cię przed nimi chronić, ale gdy oni postanowili zaingerować w twoje życie, ja też musiałem - zamilkł, spoglądając na swoje dłonie.
 Jeśli wcześniej chciało mi się płakać, teraz chyba osiągnęłam swój limit. Rzuciłam poduszkę,  po czym wstałam. Chwyciłam swoją torebkę, a następnie sprawdziłam czy jest w niej telefon. O dziwo znalazłam go tam. 
- Powiedz mi jedno, Jackson. Czy to, że byliśmy razem było wynikiem uczucia, czy skutkiem pojawienia się ich?
 Spojrzał mi prosto w oczy. Dostrzegłam w nich smutek i chyba odrobinę współczucia. Nie musiał mi odpowiadać. Prawdę miał wypisaną na twarzy. 
 Wybiegłam z pokoju i zignorowałam jego wołania. Żadne przeprosiny nie mogły uśmierzyć bólu, jaki odczuwałam. Zostałam wykorzystana, Od tak ktoś postanowił pobawić się moimi uczuciami. Nawet nie miałam ochoty słuchać jego wyjaśnień, chociaż wciąż miałam milion pytań. Ale w tym momencie zapragnęłam żyć w słodkiej niewiedzy, przepełnioną ciszą. 
 Schodząc ze schodów dostrzegłam w salonie siedzącego Azza. Podniósł głowę, a gdy dostrzegł mnie od razu wstał i opuścił pomieszczenie. W sumie, nawet i dobrze. Nie miałam zamiaru z nikim rozmawiać, a zwłaszcza z nim. 
 Na zewnątrz spotkałam Jamesa. Jednak on nie olał mnie tak, jak jego przyjaciel. Złapał mnie w szczelnym uścisku i, pomimo moich protestów, krzyków i uderzeń, nie wypuścił. Gdy już się uspokoiłam, zauważyłam Jacksona oglądającego całą tą szarpaninę, Kruczowłosy nakazał mu skinięciem głowy wrócić do środka, co oznaczało, że zamierzał sam ze mną porozmawiać.
 - Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać - oznajmiłam. - Chociaż nie wiem jak ciekawe rzeczy miałbyś mi do powiedzenia, nie chcę o tym rozmawiać. 
 - Więc będziesz słuchać. I uwierz mi, Elfiku, nie puszczę cię, jeśli chociaż po części nie wysłuchasz tego co mam ci do powiedzenia. 
 Zrobiłam naburmuszoną minę, tak jak dziecko, któremu odebrało się jakiś smakołyk, co rozbawiło Jamesa i jednocześnie jeszcze bardziej mnie zirytowało.
Wiedząc, że ze wszystkich sił będę stawiała opór - przerzucił mnie przez ramię i bez większego wysiłku zaprowadził nad jezioro.
 Oczywiście nie obeszło się bez moich krzyków i wyzwisk. 
Posadził mnie na niewielkim molo i usiadł obok. Stopami prawie dotykałam wody, więc lekko sunęłam butami po niej, tworząc różne mazaje i kółka. Chciałam mieć tą rozmowę już za sobą. I zniknąć w cholerę. Albo po prostu wrócić do domu. 
 - Jeśli później będziesz chciała, odwiozę cię do domu - zaoferował się. - Ale najpierw mnie wysłuchasz, Cass.
 - Czy w myślach też potrafisz czytać? - zainteresowałam się.
 - Zamknij się i słuchaj - westchnął. - Ten dupek zaczął od dupnej strony - skrzywił się.
 - Był szczery - broniłam go, chociaż nie wiedziałam dlaczego. - Nie udawaj, że to cię nie cieszy. 
 - Cass, oczywiście, że jestem szczęśliwy. Ale dlatego, że zerwaliście, a nie dlatego, że tak cię oszukał. Nigdy nie byłem zachwycony tym, że byliście parą. Może gdybym był milszy, nasze losy inaczej by się potoczyły?
- I myślisz, że od tak bym się w tobie zakochała? Przyszedłbyś, powiedział parę miłych słówek, a ja padłabym ci w ramiona? Tym razem twoje ego cię przerosło - warknęłam. 
 - Przepraszam - powiedział skruszony. - Ta cała sytuacja jest z pewnością dla ciebie bardzo trudna, a my w żaden sposób ci tego nie ułatwiamy. Próbuję wymyślić najodpowiedniejsze wyjaśnienia, ale to jest trudne...
 - Więc zacznij mówić czym wy jesteście. Skoro także widzicie duchy... i czytacie w myślach... może ja też nie jestem człowiekiem? 
 - Tak naprawdę ja i Azz jesteśmy demonami - powiedział, a ja prychnęłam. - Nie chciałem ci tego mówić, gdyż było trochę za wcześnie... Wiedziałem, że tak zareagujesz, Cass. Nie jesteś jeszcze gotowa, aby znać prawdę. Ale nie ma innego wyjścia.
 - Więc kontynuuj - zachęciłam. 
 - Znasz się na demonach, Cass? - zapytał. - Jeślibyś miała mnie porównać do jednego z nich, to do kogo? - zmarszczyłam powieki.
 Nie znałam żadnych demonów. Oprócz kilku, które były wymienione w książkach, ale nawet nie wiedziałam czy byli prawdziwi. Po prostu istnieli w nich. Tak, jak on teraz. 
 - Skup się na mojej aurze - polecił.Tak też zrobiłam.
 - Jest zielona - wyznałam sfrustrowana.
 - No właśnie. A teraz skup się na niej. Dostrzegasz coś?
Nie wiedziałam co miałabym niby znaleźć. Miałaby pojawić się jakiś demoniczny napis? 
Parsknęłam śmiechem, gdy rzeczywiście z drobnych nitek, które tworzyły aurę, utworzył się mały znak. Znak Beletha. 
 - Beleth - szepnęłam. Nawet nie wiedziałam skąd przyszło mi to do głowy. 
 - Właśnie - potwierdził. - Tak na prawdę nazywam się Beleth. Jestem demonem, Cass. Jak już wcześnie usłyszałaś, Jackson miał cię chronić przed nami. Gówno prawda - oburzył się. - To ja tak naprawdę jestem tutaj by cię chronić nie on. Ja zostałem twoim strażnikiem. Ja chroniłem cię przed aniołami takimi, jak on. Ja całe życie próbowałem cię bronić przed przeznaczeniem. Ja byłem przy tobie, gdy groziło ci niebezpieczeństwo, a nie on. To ja cię uratowałem, zanim utonęłaś, a nie on! 
 W chwili, gdy zorientował się co powiedział, jego słowa dotarły do mnie.
 - B... byłeś tam wtedy? Gdy ja... - jęknęłam. 
 Nagle zalały mnie wspomnienia z tamtego dnia. Dnia, którego ukryłam w najgłębszych zakamarkach swojego umysłu. 
 Znowu tam byłam. Znowu wołałam pomoc. Widziałam umierających rodziców. Ostatnie ich słowa, które nadal nie rozumiałam. Ostatni wdech. Ostatnia łza. I znowu tonęłam, a ciemność ponownie we mnie zagościłam. Czy to nie był sen? Czy ja... żyję? 
Nie potrafiłam rozróżnić rzeczywistości od fikcji czy wspomnień. Co tak naprawdę stało się w dniu wypadku? I dlaczego... dlaczego przede mną pojawiło się jezioro, w którym kiedyś omal nie zginęłam? 


 Chciałabym Wam życzyć Wesołych Świąt! Smacznego jajka xd i wszystkie inne smakołyki, jakie znajdą się u Was na stole. Żeby wszystkie łakocie poszły Wam  w cycki! I żeby za dużo kilogramków nie przybyło :D Autorom życzę, aby mieli więcej czytelników i komentarzy :D Aby ktoś docenił ich pracę, a czytelnikom życzę, aby znaleźli zajebiste opowiadanie ;)
 Ogólnie życzę Wam wszystkich Zdrowych i Wesoły Świąt :* Pijanego Sylwestra i udanego przyszłego roku ;) 







niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 5 " Demony są wśród nas"


 Mark sam wyniósł bagaże moje i Letty, po czym zostawił je w pokoju na górze. Nasza sypialnia była najbardziej oddalona od pokoju chłopaka mojej przyjaciółki. Wydawało się to dość urocze, że tak się o nią martwi. Letty to nie przeszkadzało, chociaż widziałam, że Azz powoli traci opanowanie. Próba Marka, jak to ona nazywała, była ostatecznym testem, jeśli chodzi o jej partnerów. Zazwyczaj, gdy traktowała swój związek naprawdę poważnie, najpierw informowała o tym swojego brata. A jeśli chodzi o niego... Próbował najrozmaitszych sposobów, aby ich złamać. Jeszcze żaden nieszczęśnik nie dotarł do etapu poznania jej rodziców. Zwykle rezygnowali po dwóch, trzech spotkaniach z jej bratem. Zastanawiałam się, jak on przetrwa trzy dni spędzone z nim.
 Brunetka, którą zastałam w kuchni, była jego przyjaciółką z pracy. Chociaż ja i tak wiedziałam, że przyjaciele tak się nie zachowują. Ale on ze wszystkich sił opierał się faktowi, że obydwoje podobali się sobie nawzajem. Nie chciałam się wtrącać w ich sprawy, gdyż to nie do mnie należała to zadanie. Gdy obydwoje stanęli obok siebie, wymieniłam się spojrzeniem z Letty i już wiedziałam, że ona zajmie się bratem.
- No mów, co cię tak martwi- zagadnęła moja przyjaciółka, gdy znalazłyśmy się same w naszym pokoju. Rzuciłam się na łóżko, a z moich ust wywarł się krótki okrzyk, gdy schowałam twarz w poduszce.
- Czy to cię wszystko nie przeraża?- zapytałam, odrzucając poduszkę na ziemię.
- A o co konkretnie chodzi?- zmierzyłam ją lodowatym spojrzeniem. Zachłysnęła się sokiem, po czym odłożyła szklankę na nocny stolik.- Czyli Jackson. A więc słucham.
- No... czy ty... no wiesz...- z nerwów zaczęłam się jąkać.
- Czy ja nie uważam, że wasz związek posuwa się za szybko?- kiwnęłam głową, potwierdzając jej słowa.- Jeśli o mnie chodzi, to nie. On jest po prostu idealny, a ty...- zmierzyła mnie wzrokiem.
- Dzięki!- krzyknęłam zdenerwowana.
- Oj, Cass. Nie o to mi chodzi. Jesteś zbyt nieśmiała. W zasadzie obydwoje jesteście. Miłość od pierwszego spojrzenia, a wy tak się cackaliście, żeby zagadać do siebie. No po prostu ręce opadają!
Byłam zbyt oszołomiona jej wyznaniem, aby do końca przetrawić jej słowa.
- Jackson? Skąd niby wiesz, że on...
- Azz mi powiedział- przerwała mi.- No wiesz... Znają się już trochę i mówił mi, jak on mu się zwierzał. Ponoć zakochał się w tobie od pierwszego dnia na... chemii? - przytaknęłam. To była nasza pierwsza wspólna lekcja. Wtedy także zaliczyłam swój niefortunny upadek, oszołomiona jego urodą.- Wtedy właśnie zaczął o tobie mówić. Coś w stylu " Stary, chyba pierwszy raz spodobała mi się taka dziewczyna"- poruszyła znacząco brwiami. Ta... no cóż. Pomimo tak zróżnicowanej, pod względem wyglądu, szkoły, nikt poza mną nie miał czerwonych włosów. No, a teraz miałam niebieskie.- A po kolejnej lekcji... " Chyba się zakochałem".
- O nie!- zaprzeczyłam.- Gdyby tak było, już wcześniej bylibyśmy razem. Zna mnie od kilku miesięcy i co? Nic!
- Słońce. Albo ty jesteś tak ślepa, albo zbyt głupia. Zachowywaliście się jak jakieś zakonnice. Do tego brakowało wam języka w gębie. Teraz może się to zmieniło, ale wcześniej byliście strasznie nieśmiali. Oczywiście względem siebie. Nie wiem co by było, gdybyś wtedy mu nie pomogła. Podejrzewam, że przez kolejny rok zbierałby się, aby do ciebie podejść i zagadać.
- Czyli, to są po prostu moje głupie wymysły?- wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, słysząc jej słowa.
- Oczywiście, że tak! Skoro nawzajem się sobie podobacie, to czemu nie mielibyście być szczęśliwi? Tylko nie chcę cię do niczego zmuszać. Wiem, ty moja święta dziewico,- zachichotała- że dla ciebie to nowość, więc sama zdecydujesz jak szybko ten związek powinien się posuwać do przodu. Ale wy naprawdę wyglądacie tak słodko razem!
Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam dźwięk klakson za oknem. Mój dobry humor został zamieniony w dziwny niepokój. Spojrzałam na Letty, która przystępowała z nogi na nogę. Denerwowała się, na co też wskazywała jej aura, którą próbowałam stłumić. W ten weekend chciałam udawać zwykłą dziewczynę, ale moje kiepskie opanowanie mocy, samo mnie przerastało.
- Zaraz wracam- jęknęła, po czym wybiegła z pokoju, niemal potykając się o własne nogi.
Podniosłam się z miejsca i poczułam to. Dziwne zimno, tuż za mną. Zanim jednak się obróciłam, głośno przełknęłam ślinę i modliłam się w duchu, aby to nie była prawda. Nie tutaj! Nie, gdy chciałam być normalna...
 Odwróciłam się, dostrzegając młodego chłopaka, a raczej jego marną imitację, w prawym rogu pokoju. Beztrosko siedział sobie na bujanym krześle, wprowadzając go w ruch. Gdy zauważył, że na niego spoglądam, uśmiechnął się do mnie szelmowsko. Wstał, zostawiając mebel we własnym rytmie. Zrobił kilka kroków w moją stronę, po czym zatrzymał się i oparł dłonie po swoich bokach. Blondyn, o chudej posturze, wydawał mi się... zagubiony? Nie. Może to złe określenie. Po prostu wyglądał na pewnego siebie, ale zbytnio nie wiedział jak się zachować względem mnie. Jakby pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji. Miałam ochotę palnąć się w głowę. Cass! Przecież nie każdy umiera kilka razy dziennie.
- Castiel Grey- powiedział.- Sporo o tobie mówią po tamtej stronie.
- Cass- poprawiłam go.- Po prostu Cass... Skoro już wiesz czym się zajmuję, to czego ode mnie chcesz?
I znowu ten uśmiech namalował się na jego twarzy... Był uroczy, czemu nie mogłam zaprzeczyć. Chłopak mniej więcej liczył dwadzieścia trzy lata. Jego niebieska barwa oczu trochę wyblakła po śmierci. Usta były ciut sinawe, z czego mogłam wywnioskować, że przyczyną jego śmierci było utonięcie. Chłopak potwierdził moją teorię.
- Mam na imię Mitch. I potrzebuję twojej pomocy...- speszył się, wypowiadając to zdanie.
- Mitch- westchnęłam.- Przykro mi, że spotkało cię coś tak okrutnego, ale ja nie zajmuję się pomaganiem innym. Mogę ci jedynie doradzić, żebyś przeszedł dalej i zapomniał o tym życiu. Zaczniesz wszystko na nowo w miejscu, gdzie powinieneś się znajdować.
- Och! Nie o to mi chodzi- widziałam grymas malujący się na jego twarzy.- Dobrze się czuje tutaj i wątpię, abym w najbliższym czasie postanowił stąd odejść. Czuję się świetnie, pomimo tego, że... No wiesz...- przytaknęłam.- Obserwowałem was od jakiegoś czasu...
A to nowość...
-... i szczerze powiedziawszy, potrzebuję trochę rozrywki.
Akcja duch: część pierwsza!
- Chcesz... kogoś nastraszyć?- zapytałam, nie wierząc własnym słowom. Chłopak przytaknął uradowany.
Ku pamięci. Jeśli umrę młodo, Letty szykuj się. Zafunduję ci taki paranormal activiti, że spędzisz resztę życia w psychiatryku pod nadzorem mojej świrolog.
To chyba normalny odruch ducha- chęć nastraszenia kogoś, co według mnie jest po prostu dziwne.  Czy wszyscy myślą, że skoro w filmach właśnie to robią  umarli, to reszta także musi się tego trzymać? To tylko głupi mit! Ale nie oszukujmy się. Jeśli dzięki temu odejdzie, czemu miałabym mu nie pomóc? Chyba, że wolałabym żeby został. Zapewne towarzyszyłby mi cały dzień, chodząc krok w krok za mną. Szczególnie do łazienki.
- Okey. W nocy możesz postraszyć Azz'a- wiem, że jestem wredna, ale należy mu się!- Albo dziewczynę Marka. Kogo wolisz?
Mich przez chwilę zastanawiał się nad wyborem, po czym głośno klasnął dłońmi i powiedział:
- Zdecydowanie wolę tę rudą szkapę koło tego chłopaka- wskazał palcem okno, a ja zachichotałam.
- Mitch, nie ma tu żadnej rudej dziewczyny.
Blondyn pokręcił głową.
- Jest. I wydaje się strasznie lalkowata. A ja lubię takie. Śmiesznie piszczą- wskazał ręką okno, przez które wyjrzałam. Mój dobry humor zniknął. Jakbym igłą przebiła balon- szybko i gwałtownie. Przed domkiem stało czarne bmw Jamesa, który sam stał tuż obok niego. Chłopak wdał się w dyskusje z Azz'em i Letty, ale zauważył mnie i pomachał, uśmiechając się od ucha do ucha. Miałam ochotę go udusić. Albo siebie, byleby nie spotkać się z nim. 
Wokół Letty zaczęły wić się różowe nitki, gdy także mnie dostrzegła. Zawstydziła się. I słusznie! Chociaż powinna się teraz bać mnie i mojej zemsty, bo ja tego tak nie zostawię!
Zbiegłam ze schodów, trącając przy tym Nicole. Wyszeptałam ciche "przepraszam" i ruszyłam do mojej przyjaciółki. Jednak zamiast niej... znalazłam Jamesa. W zasadzie wpadłam na niego, gdy wychodziłam z salonu.
- Elfik- uśmiechnął się do mnie.
- Co ty tu robisz?- bez wahania wyrzuciłam to z siebie.
- Miła jak zawsze. Wiem, że za mną nie przepadasz- szepnął mi do ucha. Walczyłam ze sobą, aby powstrzymać się od odepchnięcia go.- Po prostu spróbuj przez te parę dni znieść moją obecność. Wszyscy jesteśmy tu, aby się dobrze bawić i oderwać od tego nudnego życia. Nie psujmy im tego, tylko dlatego, że mnie nie lubisz. Gdy to się wszystko skończy, każdy pójdzie w swoją stronę.
Odsunął się ode mnie, a ja odzyskałam mowę.
- Okey, ale to co ci powiedziałam wtedy...- jęknęłam, nie mogąc dokończyć zdania.
- Nie martw się- powiedział.- To co mi wtedy powiedziałaś, zostanie między nami. Nikt się o tym nie dowie, chyba, że sama tak zdecydujesz- przytaknęłam i ruszyłam jak najdalej od niego.
- Elfiku!- krzyknął za mną, przez co się odwróciłam.- Baw się dobrze!
Mimowolnie, uśmiech sam wypłynął mi na twarz. Nieco uspokojona, dołączyłam do swoich znajomych, zebranych przed domem. Rudzielec figlarnie chichotał, podrywając mojego faceta! Widziałam jak jej dłoń przypadkowo dotykała jego piersi, albo ramion. Gotowałam się ze złości, że ta lafirynda ma czelność go dotykać. A tak przy okazji... co ona tu robiła?
Mitch pojawił się tuż przy niej i znacząco poruszył brwiami. Teraz na pewno nie miałabym nic przeciwko, jeśliby ją wystraszył. Najlepiej tak, aby uciekała gdzie pieprz rośnie.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła...- zaczęła blondynka, spoglądając na mnie ze skruszoną miną. Zrobiła te swoje słodkie sarnie oczka, jakby zaraz miała się rozpłakać, więc zrobiło mi się jej szkoda... Ta podstępna żmija wiedziała jak ze mną postępować. Ale tym razem nie miałam zamiaru jej ustępować.
- Melany- przedstawił się rudzielec. Posłałam jej jak najbardziej przesłodzony uśmiech.
- Cass- odparłam. Mój chłopak odsunął się od niej i objął mnie w pasie, opierając podbródek na moim ramieniu. Miałam wrażenie, że ta dziewczyna, która została przez niego odrzucona, niezbyt dobrze sobie z tym fantem radziła. Odwróciła się i poinformowała nas, że idzie poszukać Jamesa. Nie miałam nic przeciwko temu.
- Scarlett- rzuciłam oschle.- Czy mogłybyśmy porozmawiać? Na osobności- podkreśliłam.
Jej chłopak roześmiał się, po czym klepnął Jacksona w plecy.
- Chodź kochasiu. Nie chcesz być przy tym, gdy twoja panna rzuci się na nią- wskazał na Letty.
- Nie powinieneś bronić swojej niewiasty?- rzucił brunet, śmiejąc się.
- Och!- położył rękę na piersi.- Ona ma pazurki i wie, jak ich użyć- pomasował swoje ramię, po czym obaj wybuchli śmiechem.
Gdy już zniknęli we wnętrzu budynku, spojrzałam na moją przyjaciółkę. Skruszona, nawet nie patrzyła na mnie, tylko wpatrywała się w swoje buty, jakby były najciekawszą rzeczą na świecie. Patrząc na sytuację... owszem,  były.
- No wyduś to z siebie!- krzyknęła wreszcie.
- Co on tutaj robi?
- Pamiętasz, gdy opowiadałam ci, że rodzice kupili ten dom wraz ze swoimi przyjaciółmi?- przytaknęłam.- Ta dam! To rodzina Jamesa...- nie odezwałam się, więc kontynuowała.- Zawsze, gdy tu przyjeżdżaliśmy, mama najpierw do nich dzwoniła i pytała się, czy domek jest wolny i czy nie planują żadnego wyjazdu. Tym razem James powiedział, że planował wyjazd tutaj i... po długiej rozmowie, doszli do wniosku, że obydwoje się znamy i będzie Mark, więc możemy razem tu przyjechać.
Miałam ochotę parsknąć śmiechem. Letty tak długo zwlekała z opowiedzeniem mi o tym, martwiąc się moją reakcją... Owszem, nie lubiłam go, ale to nie był jakiś wielki problem. A ona tak strasznie panikowała.
- Tłumaczyłam mu, że to miał być twój prezent urodzinowy, ale on stwierdził, że "przełamaliście lody" i już jest między wami dobrze. Nie wierzyłam mu, ale myślałam, że jakoś może mieć racje. Jest nas wielu, więc dwie osoby w tę czy w tamtą, za bardzo nie zmienią... O Boże! Cass! W ogóle nie przemyślałam tego! Przepraszam... Jeśli chcesz możemy zabrać swoje rzeczy i wrócić do domu.
- Bez przesady, Letty- przewróciłam oczami.- Wystarczyło powiedzieć, że pan Idealny Dupek też tu będzie. Nie trzeba było robić z tego takiej afery- gdy wypowiadałam te słowa, dziewczyna słuchała mnie z rozdziawionymi ustami. Chciała coś powiedzieć, ale szok jej to uniemożliwił.
Zaśmiałam się i wróciłam do domku, w poszukiwaniu swojego chłopaka. Jednak przesunęłam to na drugi plan, gdy Letty zaczęła namawiać mnie na kąpiel w jeziorze. Szłam, w swoim nieco zbyt skąpym stroju. Nie czułam się w nim komfortowo, ale moja przyjaciółka zapewniała iż na pewno spodoba się Jakson'owi, a na tym najbardziej mi zależało. Zdeterminowana, zachowaniem towarzyszki, znienawidzonego przeze mnie chłopaka, pragnęłam aby MÓJ CHŁOPAK, nie robił do niej maślanych oczkach. Gdyby tylko spróbował, miałby bliskie spotkanie z moim prawym sierpowym. I ona też.
Chłopaki urządzili sobie mały turniej siatkówki wodnej, zaś dziewczyny, rozłożone na ręcznikach, znajdujących się na pomoście, przyjmowały jak najwięcej promieni słonecznych. Położyłam się obok swojej przyjaciółki, trącając ją nogą. Jęknęła niezadowolona i odwróciła twarz w moją stronę. Uniosła okulary przeciwsłoneczne i, z przymrużonymi powiekami, spojrzała na mnie. Gwizdnęła, lustrując mnie wzrokiem.
- Wow, ten strój wygląda jeszcze lepiej niż w przymierzalni- powiedziała, podpierając się na łokciach.
- I jest jeszcze mniej komfortowy niż wtedy- wyznałam. Sięgnęłam po tubkę kremu do opalania, jednak moja przyjaciółka wyrwała mi go z rąk i pokręciła głową.
- To zadanie należy do kogoś innego- przyjaciółka Marka poruszyła znacząco brwiami, wskazując głową na idącego w naszą stronę chłopaka.
 Jackson wyszedł z wody, przecierając twarz dłońmi. Drobinki kropelek świeciły na jego skórze, czyniąc go jeszcze bardziej przystojnym. Podczas ruchu jego rąk, mięśnie napięły się. Chłopak był dobrze zbudowany. Wręcz wspaniale. Gdy szedł w naszą stronę, podziwiałam jego mięśnie. Chociaż nie mogłam dotknąć brzucha, wiedziałam, że jest twardy jak skała. Pragnęłam, aby mnie przytulił. Chciałam się znaleźć w jego ramionach. Chciałam poczuć się bezpieczna w jego objęciach. 
Chłopak uśmiechnął się do mnie, a moje serce zakołatało w piersi. Nawet nie zauważyłam, że przygryzałam dolną wargę.
- Niezły- mruknęła moja przyjaciółka.
 Zgadzałam się z nią w stu procentach. Był niezły. I cały mój.
 Jackson nachylił się do mnie i musnął moje usta swoimi. Poczułam słodki smak jego warg, jednocześnie czując jak przez moje ciało przechodzi zimny dreszcz.
Nim znowu potrafiłam racjonalnie myśleć, jego dłonie zacisnęły się na moim ciele. Brunet jednym, płynnym ruchem przerzucił mnie przez ramię. Zaśmiałam się, ale ten śmiech szybko zniknął z mojej twarzy, gdy uświadomiłam sobie, co on zamierza. Zaczęłam się wierzgać, próbując wyrwać się z jego uścisku. Jackson zaśmiał się, a jego dłoń wylądowała na mojej pupie. Krzyknęłam, bardziej z nerwów niż z bólu.
- Jackson!- krzyknęłam, gdy poczułam zimno wody na czubkach palców u nóg. Próbowałam się podnieść, aby być jak najdalej od wody, ale nie potrafiłam. - Jackson! Puść mnie!
- Jeszcze chwilkę i cię puszczę- mruknął swoim głębokim głosem. Gdybym nie była tak przerażona, zapewne bardziej zwróciłabym na to uwagę. Zsunął mnie na dół, aby spojrzeć na moją twarz, która pewnie szalała z przerażenia. Oplotłam go nogami w pasie i kurczowo chwyciłam się jego szyi. Woda sięgała mu do pasa, a brzeg jeziora był daleko za nami. Czułam jak przerażenie przejmuje władzę nad moim ciałem. Z trudem powstrzymywałam atak paniki, o ile w ogóle było to możliwe.
- Proszę...- szepnęłam.- Wyjdź z wody...
Lewą ręką objął mnie mocno w pasie, zaś prawą obrócił moją głowę tak, abym mogła na niego spojrzeć. Wiedziałam, że miałam mokre policzki od łez i to wszystko ze strachu.
- Heeej- zawołał chłopak, gładząc mnie po policzku.- Przecież to tylko woda.
- Ja...- jęknęłam.- Boję się wody- przyznałam skruszona.- Nie umiem pływać- chlipnęłam. Spodziewałam się, że wybuchnie śmiechem. Szesnastolatka, która dużo czasu spędza nad wodą nie potrafi pływać. Nigdy nie bałam się jej, gdyż nigdy nie musiałam do niej wchodzić. Mogłam opalać się na plaży, ale nigdy nie wchodziłam do wody. Nie po tym jak...
- Już dobrze- powiedział, a ja poczułam jak mocniej przyciska mnie do siebie.- Jestem z tobą. Nie masz czego się bać- zapewnił. - Cass. Spójrz na mnie- rozkazał. Niechętnie, zrobiłam to czego chciał. Jego wzrok wyrażał czułość i troskę. Dzięki temu nieco się uspokoiłam.
- Przy mnie jesteś bezpieczna- zapewnił.- Trzymam cię i nic ci się nie stanie- niepewnie pokiwałam głową. Delikatnie pocałował mnie, po czym lekko podrzucił, aby lepiej mnie trzymać. Na mojej twarzy zawitał grymas, ale szybko się go pozbyłam.
- Teraz powoli się zanurzymy...
- Nie!- pisnęłam, po czym jeszcze mocniej się go chwyciłam. Woda sięgała mi już do pasa. Próbowałam wspiąć się na niego, ale nie mogłam. Trzymał mnie, jednocześnie uspokajając.
- Cassie, otwórz oczy- wyszeptał mi do ucha. Przytulona, uniosłam delikatnie powieki. Woda znajdowała się niebezpiecznie blisko mojej twarzy. - Nic ci się nie stanie. Tu jest zbyt płytko- powiedział.
Tam też było płytko- pomyślałam.
- Zabierz mnie stąd- poprosiłam. Dłońmi ujął moją twarz.
- Kochanie, ale nie masz się czego bać. To tylko woda.
- Ale ja nie chcę tu być- zaprotestowałam.- Zabierz mnie na brzeg.
Przez chwilę, milcząc, staliśmy przytuleni do siebie, a ja czułam jak gładzi dłonią moje plecy.
- To nie jest zwykły lęk przed wodą- odezwał się w końcu.
- Nie- szepnęłam.
- Cass, przy mnie nie musisz się niczego bać. Zawsze będę cię chronił, bez względu na to co się stanie, rozumiesz?
Niepewnie kiwnęłam głową. Rozumiałam co to znaczy, no i przede wszystkim, chciałam wierzyć w jego słowa, ale czy to była prawda? Czy mógł mi zapewnić bezpieczeństwo, gdy wokół mnie wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo?
 Delikatnie uchyliłam powieki i zobaczyłam, że zostawiamy jezioro daleko w tyle. Jednak nie poszliśmy na pomost. Chłopak szedł w stronę brzegu, ale nieco dalej od nich. Byłam mu wdzięczna za to. Nie chciałam znaleźć się pod ich odstrzałem, w takim stanie. Wolałam się najpierw uspokoić i później zdobyć się na konfrontację z nimi.
Brunet usiadł na piasku, tuląc mnie do siebie. Co chwilę całował mnie w skroń.
- Przepraszam...- wyszeptałam.- Ja... po prostu boję się wody. Zawsze dostaję ataku paniki, gdy do niej wchodzę.
- Kochanie, nic się nie stało. To ja powinienem cię przeprosić. Głupio zrobiłem, ale chciałem porwać cię na drugi brzeg. Wyglądasz tak pięknie w tym stroju i chciałem spędzić z tobą trochę czasu w samotności- przyznał. Słysząc to, zrobiło mi się o wiele cieplej na sercu, ale musiałam mu wytłumaczyć to, co właśnie zaszło. Należały mu się jakieś wyjaśnienia. Nie chciałam przecież, żeby zaczął uważać mnie za wariatkę. Wiele razy mnie tak nazywano w poprzednich szkołach, więc nie miałam żadnej ochoty na powtórkę.
- Kiedyś prawie utonęłam, więc tak jakby, ja i woda niezbyt do siebie pasujemy.
 Dostałam kolejnego całusa w skroń. Uniosłam głowę, aby spojrzeć na niego. Jego czekoladowe oczy z czułością na mnie spoglądały. Nie mogłam się powstrzymać, aby jego nie pocałować. Ujęłam jego twarz w dłoniach, a nasze wargi złączyły się. Delikatne muśnięcia, zamieniło się w pragnienie. Byłam głodna jego dotyku, a pożądanie z każdą chwilą narastało.
 Jackson położy mnie na piasku, po czym przykrył własnym ciałem. Oplotłam dłońmi jego szyję, przyciągając go jeszcze bliżej siebie. Jego dłonie sunęły po moich nogach, drażniąc się z materiałem mojego stroju. Gdy już stał się bardziej odważniejszy, poczułam jego dłoń na nagim ciele pod strojem.
- Jackson...- westchnęłam z niechęcią. Nie chciałam posunąć się za daleko, zwłaszcza w takim miejscu.  No i było zdecydowanie za szybko, aby zdecydować się na tak poważny krok.
Chłopak odsunął się ode mnie. Głośno sapiąc, oparł czoło o zagłębienie mojej szyi.
- Przepraszam. Nie powinienem posuwać się tak daleko. Przepraszam- powtórzył.
Zaśmiałam się i cmoknęłam go w czoło.
- Musimy wracać- powiedziałam niechętnie.- Letty zaraz zacznie panikować i wyśle za nami ekipę poszukiwawczą. Brunet zsunął się ze mnie i położył się na piasku, chowając twarz w dłoniach. Sama też przewróciłam się na brzuch.
- Możemy już iść?- zapytałam go. Chłopak obrócił głowę na bok, spoglądając na mnie. Miał zarumienione policzki, Ja zapewne też byłam cała czerwona.
- Yyy... Idź przodem, ja zaraz cię dogonię.
 Zmarszczyłam brwi, analizując jego słowa, a następnie usiadłam na piasku.
- A ty? Nie możesz iść ze mną?
- Najpierw muszę trochę popływać.- Przyznam, że nie tego się spodziewałam. Chłopak widząc moje zmieszanie, postanowił szczegółowo uzupełnić swoją wypowiedź.- Kochanie, gdyby nie ty, tak łatwo bym się nie powstrzymał, więc tak jakby w tej chwili nie mogę wstać.
Ta... Teraz zapewne byłam purpurowa na twarzy. Szybko go pocałowałam, po czym ruszyłam do dziewczyn. Czułam się wspaniale. Nie dość, że spędzałam wspaniały weekend z przyjaciółmi i moim chłopakiem, to czułam wielką satysfakcję, na myśl, że w taki sposób działam na Jacksona.


 Camill okazała się bardzo sympatyczną osobą. Idealnie pasowała do Marka. Drobna, brunetka z wielkim charakterem. Względem mnie była przesympatyczna, tak jak i dla Letty. Niestety co innego mogłam powiedzieć o Melany. Była... no cóż. Jak to idealnie określić? Po prostu pasowała do Jamesa. Obydwoje byli dupkami, tylko, że ona dodatkowo była jędzowatą suką, Gdy nie kręciła z moim facetem, który na wszelki sposób ją odtrącał. Po tym wracała do Jamesa. Chłopak wcale nie ukrywał skrępowania. Wręcz przeciwnie. Na naszych oczach obściskiwał się z nią, wpychając swój oślizgły język do jej gardła. Dziwiłam się, że jeszcze się tym nie udławiła.
 Wraz z Camillą przygotowywałyśmy jakieś przekąski w kuchni dla wszystkich. Był już wieczór, więc postanowiliśmy przenieść się do domku, gdyż na dworze było już trochę zimno. Letty znosiła nasze rzeczy do domu, podczas gdy Mark z Jacksonem próbowali rozpalić kominek z salonie. Azz rozłożył się na fotelu, strojąc swoją gitarę, zaś James... No właśnie. On był zajęty swoją lalunią.
- Mark wspomniał mi, że najpierw poznałaś jego, a później Skyler- zagadnęła dziewczyna, wyciągając z piekarnika bułeczki czosnkowe.
- Racja- przyznałam.- Poznaliśmy się Denwer, zanim się tu przeprowadziłam.
- Mówił, że to było pamiętne spotkanie- spojrzała na mnie podejrzliwie, a ja w końcu załapałam o co jej chodziło. Ona naprawdę czuła coś do niego i była zazdrosna o naszą znajomość!
- Jeśli miał na myśli to, że spotkaliśmy się o trzeciej w nocy, a on pomagał mi zejść z drzewa, to miał rację.- Zaśmiałam się.- To na pewno było pamiętne spotkanie.
Brunetka wyszczerzyła oczy w moim kierunku.
- Co ty robiłam o trzeciej w nocy na drzewie?!- zapytała, w momencie, gdy Letty weszła do kuchni.
- Drzewo, co?- powiedziała.- Opowiadasz jej o waszym wielkim spotkaniu?- kiwnęłam głową.- Otóż, kochana, wyobraź sobie, że Mark wracał do swojego mieszkania, w dniu kiedy zakończył swoją trzyletnią służbę. Trochę się chwiał, gdy usłyszał kogoś na drzewie. Ta piękna panna- wskazała na mnie- postanowiła urwać się spod czujnego oka ciotki i wyjść na imprezę. Tylko, że jej pokój znajdował się na trzecim piętrze.
Dziewczyna prychnęła śmiechem, a my zawtórowałyśmy jej.
- Wymykałaś się o trzeciej w nocy na imprezę?
- Niee!- zaprzeczyłam.- Wracałam i musiałam się wspiąć na drzewo. Gdy wcześniej z niego skakałam, nie wydawało się aż tak daleko od ziemi. Mark pomagał mi wejść na drzewo, ale sam nie był w najlepszym stanie. W końcu spadłam na niego i usnęliśmy w trawie, leżąc na sobie. Ciotka nawet nie zauważyła nas, gdy wychodziła do pracy. Rano... No cóż. Miałam niezłą niespodziankę, gdy wstałam i zobaczyłam przytulonego chłopaka do siebie. No i właśnie tak zaczęła się nasza znajomość.
- Później dorwałam ją w szkole i... BUM! Przyszła do mnie, a drzwi otworzył Mark.
- Miła niespodzianka- powiedziała Camill, nieśmiało się uśmiechając.
- Tak...- mruknęłam,- Szczególnie, gdy ktoś od progu oblewa cię wodą.
- Zaskoczyłaś mnie! - zaprotestował brat mojej przyjaciółki, wchodząc do kuchni.- Jakbyś się poczuła, gdyby dziewczyna, którą poznałeś setki kilometrów stąd, przyszła do ciebie do domu?
- Przynajmniej nie oplułabym ją na przywitanie!- odparłam.
- Już dobrze- chłopak przyciągnął mnie do siebie i zaczął okrężnymi ruchami dłoni, masować mi plecy.- Nie ekscytuj się tak bo ci jeszcze żyłka pęknie.
- Dupek!- krzyknęłam, odpychając go od siebie.
- Ale kochany dupek- zrobił minę zbitego psa i skulony podszedł do Camill. Objął ją od tyłu w pasie i oparł głowę na jej ramieniu. Kołysał ich ciała w rytmie muzyki, która dobiegała z radia.
- James zaprasza na grę w butelkę- powiedział, odwracając się do nas.
Wraz z Letty zabrałyśmy talerze z jedzeniem i udałyśmy się z nim do salonu.
- Po co on chce w to grać? To jest nudne!- zaprotestowała moja przyjaciółka.
- Chce się dowiedzieć dlaczego Cass go nie lubi- powiedział Mark.
Ułożyłyśmy talerze z kanapkami na stole. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, Letty zwróciła się do ciemnowłosego.
- Jesteś dupkiem- powiedziała.- Dlatego ona cię nie lubi. A teraz zagrajmy w coś ciekawszego!- radośnie klasnęła dłonie.- Gdzie jest alkohol?
- Twój brat zamknął barek na klucz- powiedział Azz, po czym cmoknął swoją dziewczynę w policzek.
- Mark!- krzyknęła wściekła Letty.- Nie po to cię zabrałam, żebyś psuł nam zabawę!
- Ej!- chłopak wyciągnął przed siebie dłoń.- Po pierwsze- zaczął wyliczać na palcach- jesteś za młoda na spożywanie alkoholu. Po drugie, wy wszyscy nie możecie go pić. Oprócz rzecz jasna Cass, która jest wyjątkiem- mrugnął do mnie okiem, przez co został obrzucony protestującym głosem swojej młodszej siostry.- Po trzecie, możemy dobrze się bawić bez alkoholu.
- Do zabawy w " Nigdy, nie...", nie możemy bawić się bez alkoholu. I, albo wyciągniesz picie, albo zostaniesz szybciej wujkiem niż sądzisz.
Parsknęłam śmiechem. Mark, przerażony, wpatrywał się w nią z otwartą buzią.
- Scy, to jest bez sensu!- krzyknął.
- Więc zgadzasz się? Ok! Gramy!
 Starszy brat, zrezygnowany, pokręcił głową i kluczykiem otworzył dolną szafkę, małego barku, który stał w rogu. Wyciągnął kilka butelek wódki, a jego siostra rozstawiła je na stole. Miski z chipsami wylądowały między nimi, Każdy z nas zajął miejsce przy stole. Zanim jednak usiadłam, Jackson pociągnął mnie do siebie, zmuszając abym usiadła mu na kolanach. Nie miałam nic przeciwko temu. Pozwoliłam mu na to, aby mnie przytulił.
 Alkohol został nalany do naszych szklanek. Letty stanęła przed stołem, a dłoń Azz'a zsunęła się po jej tyłku. Mark głośno zakaszlał, po czym muzyk zabrał swoją dłoń i lekko odsunął się od swojej dziewczyny.
- Dzięki, Mark- burknęła zażenowana.- No więc, zabawa nazywa się " Nigdy nie...". Chodzi o to, że jedna osoba mówi rzeczy, które nigdy nie robiła, a ci co się z nią zgadzają, i też nie robili tych rzeczy, piją wraz z nią. Osoba, która polegnie, przegrywa. Rozumiecie?- wszyscy na zgodę skinęli głową.- No to ja zaczynam- sięgnęła po swoją szklankę.- Nigdy nie tańczyłam cuncana- wypiła. Ja i kilka innych osób też to zrobiło, jednak zaintrygowało mnie to, że Mark się nie napił.
- Mark?- zapytałam zdziwiona.
- To... Nie chcę o tym mówić.
Azz podniósł swój kieliszek.- Nigdy nie spałem nago- powiedział, ale się nie napił. Jackson także nie. Letty spojrzała na niego zdziwiona, na co ten śmiesznie poruszył brwiami.- Kochanie, ja śpię tylko nago- posłał jej całusa.
- Nigdy nie... Nigdy nie zrobiłam komuś malinki- powiedziałam. Kilka osób, w tym ja, także się napiło. Jeśli tak dalej pójdzie uchleję się jak świnia!
- Dzisiaj to zmienimy- powiedział Jackson.
- Nigdy nie ubrałem sukienki- brunet, jako jeden z nielicznych napił się. Wbiłam zdziwiony wzrok w James'a, który nonszalancko uśmiechał się w moją stronę.
- To wina Azz'a!- krzyknął, wskazując palcem na swojego przyjaciela.
- Moja?- muzyk zrobił zdziwioną minę.- Nie kazałem ci wkładać tej kiecki!
- To prawda- wtrącił się Jackson.- Sam uparłeś się, że się w nią zmieścisz.
- Bo on mnie podpuścił!
- A potem wylądowałeś w szpitalu, bo suwak od tej sukienki utkwił ci w nie tym wejściu co trzeba- chłopak ryknął śmiechem. W odwecie, ciemnowłosy chwycił garść chipsów i rzucił w stronę swojego przyjaciela. Ten złapał kilka, po czym je zjadł.
- Dobra ludzie, gramy dalej- przerwała im Letty. Teraz nadeszła kolej na James'a, jednak zanim się odezwał, w pomieszczeniu zapadł mrok. Wszystkie światła zgasły, a jego lalunia wraz z Camill pisnęły ze strachu. Chociaż nie widziałam Melany, mogłam przysiąc, że właśnie oblega kolana swojego towarzysza, wpijając się w jego usta. Tak dla poprawienia jej stanu psychicznego.
 Chociaż z jednej strony, był to dobry sposób, przez co musiałam ją w duchu pochwalić. Poprawiłam się na kolanach chłopaka, który uznał, iż ja także się wystraszyłam. Otoczył mnie swoimi ramionami i przyciągnął do siebie. Bonusowo otrzymałam jeszcze słodkiego buziaka w usta.
- Zajebiście!- mruknęła zdenerwowana blondynka.
- Scy! Nie wyrażaj się!- zgromił ją brat. Zachichotałam.
- Nie marudź, tylko idź i sprawdź co się stało!
Wyciągnęliśmy telefony, aby oświetlić drogę. Młodsza siostra mojego przyjaciela ruszyła do kuchni w poszukiwaniu jakiś świeczek.
- Pójdę po drewno- zaoferował się ciemnowłosy. Spoglądając na telefon zauważyłam, że na wyświetlaczu widniało kilka nieodebranych połączeń od ciotki. Zaklęłam w duchu. Szybko zerwałam się z kolan chłopaka i zaczęłam szukać odpowiedniego miejsca, gdzie mogłam z nią porozmawiać. No i gdzie był zasięg. Obeszłam niemal cały dom. Wszystkie pokoje na górze, jak i na dole. I nic! Kolejny raz wybrałam jej numer.
Brak zasięgu- zakomunikowała automatyczna sekretarka.
- Super!- wrzasnęłam, wychodząc z domku. Ruszyłam w kierunku jeziora i, o dziwo, pojawiła się jedna kreska! Ale zaraz zniknęła, gdy tylko ponownie wybrałam jej numer. Warknęłam zirytowana.
Odwracając się, dostrzegłam ciemną postać przed sobą. Zanim na szczęście krzyknęłam, zdążyłam się zorientować, że to właśnie James jest tą postacią.
- Spokojnie!- zawołał, widząc moje roztargnienie.- Przecież nic ci nie zrobię.
- Tego nie byłabym pewna- warknęłam i ruszyłam w stronę domku. Jednak poczułam jego dłoń na swoim ramieniu, uniemożliwiającą mi dalszy ruch.
- Cass, mogłabyś mi w końcu powiedzieć o co ci chodzi? Co ci zrobiłem, żeby zasłużyć na takie traktowanie?
 Co mi zrobił?! Jeszcze się głupio pytał!
 Oprócz tego, że mnie znieważył i upokorzył, ciągłymi żartami skierowanymi pod moim adresem, próbował mnie uwieść, abym uległa jego czarowi i stała się kolejnym punktem z listy jego podbojów. Wpieprzył się w moje życie! Wtrącił się w moją relacje z panią Steele, między moich przyjaciół, no i niszczył cały ten pieprzony wyjazd! W zasadzie było jeszcze wiele innych powodów, za które go nienawidziłam!
- Co mi zrobiłeś- powtórzyłam szeptem.- Okłamałeś mnie!
Spojrzał na mnie, jakbym właśnie oznajmiła najbłahszą rzecz w życiu.- Ja...cię okłamałem? W jakiej niby sprawie?
- Twoja impreza- rzuciłam oschle.- Tam się coś wydarzyło. Coś o czym nie chcesz mi powiedzieć! Nie mówisz mi prawdy, a to też jest kłamstwo! Oczekujesz, że ci niby zaufam? Że będę cię traktować tak, jak na to zasługujesz? Dla twojej wiadomości, właśnie na takie traktowanie sobie zasłużyłeś- wyrwałam się z jego uścisku i  ponownie ruszyłam w stronę domku.
- Cass- zawołał za mną. Nie zareagowałam, przez co znowu mnie zawołał. - Cass- powtórzył, odwracając mnie twarzą do siebie. Spojrzałam w te niebieskie tęczówki, czując jednocześnie spokój i przerażenie. - Nigdy cię nie okłamałem- powiedział.- Ale są pewne sprawy, o których nie możesz wiedzieć. Na pewno nie teraz- podkreślił ostatnie zdanie.
- Czyli to, co dosypałeś mi do napoju, to nie moja sprawa?- rzuciłam oskarżycielsko, wydymając dolną wargę.
- Nic ci nie dorzuciłem do napoju, To co się wtedy stało, to był... Cass. Naprawdę nie mogę ci nic teraz powiedzieć, ale obiecuję, że kiedyś ci to wyjaśnię.
- Idź do diabła!- krzyknęłam.
- Nawet nie wiesz jak blisko jesteś prawdy- po tych słowach zamyślił się na chwilę.- Nie mogę ci powiedzieć wielu rzeczy, ale... Cass. Musisz w końcu przejrzeć na oczy i zobaczyć, żę ten świat nie jest tak wspaniały jaki ci się wydaje. Są rzeczy... ludzie... Przyjrzyj się im bliżej, ok?
- Ty chyba sobie żartujesz!- krzyknęłam.- Chcesz powiedzieć, że... Ty! Ty też należysz do tej grupy " ludzi"- gestem dłoni nakreśliłam w powietrzu cudzysłów.
- Tak. I nie tylko ja. Wokół ciebie są też inni i... Już raz nas widziałaś, więc powinnaś wiedzieć. Widziałaś nas i nie tylko- zaznaczył.
Wybuchłam śmiechem. Bardziej nerwowym niż rozbawionym. Czy on wiedział? Czy mógł znać moją tajemnicę? Nie... To niemożliwe.
- Nazwałam was wtedy demonami- przypomniałam sobie.- Jesteś demonem, Jamesie?-wbił we mnie zdziwione spojrzenie. Kiwnął niepewnie głową.- Świetnie- uśmiechnęłam się.- W takim razie ja będę elfikiem, którego we mnie widziałeś.
 Tym razem mnie nie zatrzymał. Szłam, chwiejnym krokiem, w stronę domku. Jego słowa w żaden sposób nie trafiały do mnie. Nie okłamał mnie? Dobre sobie! W takim razie co przed chwilą zaszło? Czy byłam zbyt pijana, aby zrozumieć sens tych słów? Jeśli nie, to czy on na prawdę był demonem? Wprawdzie widziałam, że coś dziwnego jest z tym człowiekiem, ale... Nie przypuszczałam, że jest aż tak tragicznie! On potrzebował pomocy specjalisty! Czy byłoby nie na miejscu, gdybym zaproponowała mu wizytę u mojej świrolog?
 Weszłam do domku, gdzie od progu zostałam zaatakowana przez Mitch'a. Uśmiechał się do mnie głupkowato.
- Czego?- warknęłam.
- Słyszałem waszą rozmowę... tam na dworze. Ten gościu rzeczywiście ma coś z główką.
- No cóż, ty nie jesteś lepszy. A tak przy okazji... Nie miałeś straszyć jego laluni?
- O!-duch klasnął w dłonie.- Ktoś tu chyba jest zazdrosny- zaświergotał.- Zresztą, oni właśnie postanowili urządzić sobie seans spirytystyczny w salonie, więc uznałem, że to idealny moment aby wszystkich przestraszyć!
- Jesteś dziwny- powiedziałam na wpół przymrużonymi oczami. Rzadko wypowiadałam te słowa. A zwłaszcza w takich momencie.
 Mitch prychnął.- I mówi to osoba, która może rozmawiać z duchami?
 Przewróciłam oczami, chociaż wiedziałam, że on tego nie mógł zobaczyć. Weszłam do salonu i ujrzałam ich, siedzących w okręgu na podłodze. Trzymali się za ręce, a pomiędzy nich znajdowały się świeczki. Na środku ustawili krzyż, który stał w centrum pentagramu. Letty spojrzała na mnie wzrokiem wyrażając swoje przeprosin, zaś jej brat rozpromienił się na mój widok. Gestem dłoni zawołał mnie do siebie i nakazał zajęcia miejsca tuż obok siebie. Z niechęcią, zrobiłam to, o co prosił. Ujęłam jego ciepłą dłoń, a drugą podałam James'owi, który niepostrzeżenie wślizgnął się za mną do środka. Nie miałam ochoty tego komentować, więc po prostu siedziałam cicho i jak to na "zwykłą" dziewczynę przystało, zaczęłam powtarzać słowa potrzebne do wezwania ducha. Mitch omal nie zesikał się ze śmiechu, o ile w ogóle było to możliwe w jego stanie.
- Gotowi?- odezwała się Camill.
Nie!- chciałam krzyknąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam.
- Dobrze, więc zaczynami. Ściśnijcie swoje dłonie- nakazała. - Ja, Camill De Lorentis, w imieniu swoim i swoich przyjaciół, przywołuje ciebie. Demonie, ukaż się nam. Daj nam jakiś znak, że jesteś tu, z nami.
 Chciałam parsknąć śmiechem. Czy oni w życiu nie wywoływali demony?! Otworzyłam powieki i ujrzałam, że wszyscy byli skupieni na wywoływaniu duchów. Mitch stanął obok mnie i szeptem zapytał czy może zacząć swoją robotę. Skinęłam głową.
- Duchu, jeśli tu jesteś, daj nam jakiś znak!- powiedziała.
Coś zabrzęczało. Usłyszałam pisk któreś z dziewczyn. Mitch chyba spełnił swoje marzenie i został zawodowym "duchem".
- Cass?- szepnął mi do ucha. Wzdrygnęłam się trochę, słysząc jego niepewny i zaniepokojony głos.- To... To coś, to nie ja.
 Otworzyłam oczy i z przerażeniem spojrzałam na otaczających mnie ludzi. Wszyscy w skupieniu zajęli się wywołaniem ducha... i chyba jakiś się pojawił. Zerknęłam na kuchnię, z której dobiegały dziwne dźwięki. Szklanka sama zaczęła posuwać się po blacie, aż w końcu spadła, roztrzaskując się na drobny mak. Camill krzyknęła. Wszyscy zerwaliśmy się ze swoich miejsc. Jackson ruszył w moją stronę, jednak kruczowłosy był tuż przy mnie. Chociaż oświetlało nas marne światło świeczek i ogień z kominek, dostrzegłam malujące się na jego twarzy zaniepokojenie. Z czułością i wyraźną troską spoglądał na mnie. Miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje się, aby mnie stamtąd nie zabrać.
- Wszystko w porządku?- zapytała, a jego głos trochę drżał. Otworzyłam usta, aby mu odpowiedzieć, ale uprzedził mnie głośny krzyk, któreś z dziewczyn. Obydwoje jak na zawołanie odwróciliśmy się. Melany stała z wyciągniętą dłonią i wskazywała na ścianę. Kruczowłosy podszedł do niej żeby ją uspokoić. Szarpała się w jego uścisku, ale pozwoliła się wyprowadzić. Poczułam uścisk na dłoni i odwróciłam się. Moja przyjaciółka chwyciła moją rękę. Jej twarz była blada, jakby zobaczyła ducha. No... to była idealna scena z horroru. Na mnie nie robiło to żądnego wrażenia, chociaż czułam, jakiś niepokój. Jakby mój instynkt próbował mnie zaalarmować i nakazać mi uciekać stamtąd.
- Cass!- usłyszałam głos Jamesa, ale wydawał się on oddalony ode mnie. W salonie rozpoczął się niezły harmider. Chociaż Letty była spokojna, wiedziała, że coś jest nie tak. Patrzyła na mnie, jakby błagała, abym to naprawiła. Drzwi od szafek otwierały się i zamykały, co chwila wyrzucając ze swojego wnętrza naczynia.
 To nie było normalne. Nawet dla mnie. W końcu odwróciłam się i spojrzałam na ścianę, którą  wcześniej wskazywała dziewczyna. Na obitej deskami ścianie narysowano gwiazdę, a w środku imię. Moje imię, które nikt nie znał oprócz Letty. Nawet w szkolę nie pozwalałam tak na siebie mówić. Zawsze byłam Cass, a oni myśleli, że jest to skrót od Cassandra. I tak miało zostać.
Teraz, gdy krwista maź zdobiła zarówno gwiazdę, jak i jego wnętrze, poczułam lekki niepokój. Zacisnęłam dłonie w pięści, czując jak moje ramię pali mnie od środka. Miałam wrażenie, jakby ktoś przytykał mi ogień do kończyny. Syknęłam, po czym dotknęłam obolałego miejsca. W momencie, gdy wykonywałam ten gest, zimna dłoń zacisnęła się na mojej szyi. Kropelki wody spływały po moim ciele. Podejrzewałam, że wezwaliśmy jednak demona. Bardzo nieprzyjemnego demona, albo ducha, który utonął w rzece. Topielec coraz mocniej zaciskał palce na mojej szyi, a kolejne kropelki wody skapywały z jego dłoni na mnie. W końcu zaczęło mi brakować powietrza. Otworzyłam usta, próbując złapać ostatni oddech. Kątem oka dostrzegłam, jak James biegł w moim kierunku. Czułam zbliżające się łzy w moich oczach. Wiedziałam, że duchy są potężne. Wiedziałam także, że potrafią w wyjątkowych sytuacjach nas dotykać ( szczególnie tuż po ich śmierci), ale nigdy nie doświadczyłam złości ducha. Nigdy nie był na tyle potężny, aby odebrać innej osobie życie. Przynajmniej do teraz.
 Podsunął głowę do mojego ucha, a ja czułam jak jego mokre włosy łaskoczą moje ramię.
- Myślisz, że jesteś bezpieczna?- rechotał mi do ucha. Po głosie poznałam, iż była to starsza kobieta.- Myślisz, że skoro nie ma twoich rodziców, unikniesz swoich obowiązków?- powiedziała.- I tu się mylisz. Jeśli sama nie wypełnisz swojego zadania, my przyjdziemy po ciebie!- krzyknęła, po czym puściła mnie. Zaczęłam głośno kaszleć, próbując złapać oddech. James w końcu dobiegł do mnie i pomógł mi ustać na własnych nogach.
- To ty jesteś wybraną!- ponownie krzyknęła do mnie kobieta. Tym razem stała przede mną, oskarżycielsko wyciągając w moją stronę rękę.- To ty musisz to zakończyć i przestać kręcić się z plugastwem! Inaczej wszystkich nas zabijesz!
 Przerażona, spojrzałam na nią.  Stałą w samej koszuli nocnej, sięgającą jej do kostek. Ubranie było suche, jednak jej ciało całe przemoknięte. Wokół niej nagromadziła się mała kałuża wody.
- Abeunt!- ryknął w jej kierunku kruczowłosy. Duch zniknął, a wszystkie brzęczenie ustało. Odwróciłam się w stronę chłopaka, spoglądając w jego oczy. Świeciły się niemal na czerwono. Tym razem postanowiłam użyć swoich umiejętności. Skupiłam się na nim, jednak nie mogłam nic z niego odczytać. W pokoju rozległy się przerażone myśli Letty, Melany, Camill i Marka. Światło mieszanych aur rozjaśniło przestrzeń wokół nas. Odepchnęłam James'a od siebie i wzrokiem przebiegłam po dwójce pozostałych. Od Jacksona biła biała aura... Chociaż nie. To nie wyglądało na aurę. Biała poświata wydostawała się zza jego pleców. Wyciągnął w moim kierunku rękę.
- Cass, ja ci to wszystko wyjaśnię...- jęknął, na co ja pokręciłam głową, wycofując się w tył korytarzu. Plecami przywaliłam w drzwi. Sięgnęłam po klamkę i otworzyłam je, wychodząc na zewnątrz. Chłopcy ruszyli za mną.
- Nie!- krzyknęłam. Zatrzymali się. - Po prostu...- machałam przed nimi ręką, tworząc nieistniejące figury w powietrzu, Czułam ogromną gulę w gardle.- Wy... widzieliście to- stwierdziłam.- I okłamaliście mnie...- żaden z nich nie odezwał się do mnie. W milczeniu stali przed domkiem, czekając na mój ruch. Złapałam się za głowę.- Wy ich widzicie...
- Cass, to nie tak- zaczął Jackson.- Pozwól, że ci to wyjaśnię...
Zamknęłam powieki. Próbowałam poukładać sobie wszystkie elementy tej pieprzonej zagadki. Moje umiejętności dzisiaj... chyba przeszły na kolejny poziom. Czułam jak coś wewnątrz mnie znowu eksploduje. Coś się uwalniało... I nagle wszystko stało się jasne. Przynajmniej po części.
Iblis daima iblis bulmak - wyszeptałam zdanie, odtworzone w myślach. Zdanie, prześladujące mnie w moich koszmarach. Zdanie, które usłyszałam od ciotki, gdy podsłuchiwałam jej rozmowę telefoniczną. Iblis- demon. To przez niego była tak zmartwiona. I to właśnie przez niego musiałyśmy tyle się przeprowadzać. A teraz... teraz właśnie się dowiedziałam, że oni rzeczywiście istnieją. Chyba.
- Skąd ty to znasz?- warknął w moją stronę wściekły Azz. Brunet przytrzymał jego, gdy ten chciał ruszyć w moją stronę. Wepchnął go do domku i zamknął drzwi.
 Zatrzymałam się obok czyjegoś auta. Czując silny ból w głowie, położyłam dłoń na masce, próbując nie tracić równowagi. Jackson wołał mnie, jednak ja nie reagowałam. Szum z uszów nasilał się. Przymknęłam oczy i nie wiedzieć kiedy, po prostu zapadłam w mrok, czując jeszcze przez chwilę zimną ziemię pod sobą.




Hejka <3 Jest nowy rozdział, chociaż nie taki nowy xd Ostatni rozdział jakoś niezbyt mi przypadł do gustu, więc podzieliłam go na 2 części. Mam zamiar trochę go popoprawiać i dodać różne takie bajery :D 
Jeszcze trochę i zabieram się za nn <3
Pozdrawiam
S.

piątek, 10 października 2014

Rozdział 4 " Ilekroć zamykam oczy, wkraczam do innego świata".




- Zapomnij. To tylko moja głupia pijacka gadka - powiedziałam, po czym odeszłam od niego. Chyba zdążył zauważyć, że to był dla mnie strasznie drażliwy temat, gdyż nic więcej nie powiedział i, po prostu, pozwolił mi odejść.
Zapomnij.
Chciałam to zrobić. Chciałam zignorować ostatnie wydarzenia. Chciałam być normalną nastolatką. Mieć zwykłe problemy, typu czy bluzka mnie nie pogrubia, albo czy spotkam się dzisiaj z Jackson'em. A nie zastanawiać się, czy każdy mijany przeze mnie przechodzeń, jest żywy, czy martwy. Moje problemy z odczytywaniem aury ostatnio się pogorszyło. Jednak wciąż mogłam słuchać ich myśli czego miałam po dziurki w nosie. Ale kto by tak długo wytrzymał słuchania tego, co myślą o nim inni, nie wypowiadając żadnego słowa. Chociaż był to mały bonus, gdyż mogłam spokojnie odróżnić wrogów od przyjaciół. Letty jako jedyna znała mój sekret. Inne próby opowiedzenia o nim komuś, kończyły się niepowodzeniem albo, jak w przypadku Mary, stałą wizytą u psychologa. Chociaż niezbyt narzekałam na Tess. Była młoda i nawet miałam wrażenie, że mnie rozumie. Wierzy mi. Oczywiście mogłyby to być zwykłe pozory, jak na świrologów przystało. Znałam ich już dość sporo i mniej więcej rozpoznawałam metody ich działań. Próbowali się ze mną zaprzyjaźnić. Zdobyć moje zaufanie, aż w końcu wysłuchiwali się mojej opowieść, po czym w łagodny  sposób zaprzeczali jakimkolwiek zjawiskom paranormalnym. Jednemu z moich terapeutów opowiedziałam nawet, że co wieczór urządzam duchową balangę, gdzie poznaje nowych zmarłych. Taki wieczorek zapoznawczy. Po kilku takich wizytach miałam już dość. Skoro oni mi nie wierzyli, ani nie potrafili pomóc, musiałam im dać nauczkę. Mój ostatni terapeuta po usłyszeniu tego, zaproponował mi udział w eksperymentalnym badaniu. No i chciał też abym mu opowiedziała o ich tragediach. Chciał się dowiedzieć jak ci ludzie skończyli swój żywot, aby wydać książkę. Był to dla mnie absurd. Jak on mógł cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia? Jak mógł chcieć na tym jeszcze zarobić? No cóż... nie tylko mnie wtedy wkurzył, gdyż Mary zagroziła mu pozwem. No i to było też moje ostatnie z nim spotkanie. Oczywiście krzyczał jeszcze za nami, twierdząc, że my również na tym wiele zyskamy.
Nowe miasto, nowy terapeuta. Tym razem to ja miałam prawo wyboru. I jak się okazało, trafiłam w dziesiątkę.
Po krótkiej wizycie w domu, ruszyłam na miasto, szerokim łukiem omijając park. Wiedziałam, że zapewne go już tam nie ma, ale nie chciałam ryzykować. Miałam go już dość na dzisiaj. Chciałam o nim nie myśleć chociaż przez chwilę, i miałam nadzieję, że dzięki Jackson'owi uda mi się to.
Zatrzymałam się w kawiarni i zajęłam miejsce tuż przy oknie. Mały salonik, przystrojony pastelowymi barwami, wyróżniał się spośród sklepów wśród tej szalej ulicy. Wielki muffin przyczepiony nad napis lokalu, świadczył o tym, że jest to cukiernia, w której często przesiadywałam z Letty. Miała słabość do jagodowych babeczek. Zamówiłam zieloną herbatę, gdy ekspedientka spoglądała na mnie surowym wzrokiem, chcąc się mnie jak najszybciej pozbyć. Wzięła jakąś tackę, na której brakowało ciastek i weszła na zaplecze, zapewne chcąc przynieść nowe. Gdy zniknęła, Jackson wszedł do lokalu. Na mój widok, rozpromienił się. Piękny, szczery uśmiech zdobił jego twarz, a mnie od razu zrobiło się cieplej na sercu. Miałam wrażenie, że komuś naprawdę na mnie zależy. Komuś, kto prawie mnie nie zna...
Miał lekką zadyszkę, jakby biegł, nie chcąc spóźnić się na spotkanie ze mną. Uśmiechnęłam się, gdyż ten scenariusz wydał mi się bardzo prawdopodobny.
- Trening się trochę przedłużył- wyjaśnił, gdy zachłannie wypijał zawartość butelki z wodą.
- Mogłeś napisać- powiedziałam.- Spotkalibyśmy się później.
- Nie ma mowy- uśmiechnął się.- I tak już miałem dość z nimi. Nawet nie wiesz, jak bardzo brakowało mi ciebie. Szczególnie, gdy na ławce czekało kilka dziewczyn na kumpli. A świadomość, że ty też na mnie czekasz, jeszcze bardziej wzmacniała moją tęsknotę.
- Nie wiedziałam, że można przyjść pooglądać wasze treningi- chciałam mu też powiedzieć, że jeśli by chciał, to mogłabym przychodzić dla niego, ale nie byłam pewna czy chciałby, abym tam była. Nie należałam do jego świata. Nie byłam taka jak oni.
- Nie wiedziałem, że chciałabyś pooglądać jak banda spoconych facetów lata za piłką po boisku- zaśmiałam się, usłyszawszy jego słowa.
- Więc postanowione. Będę na kolejnym treningu- chłopak pochylił się nad stołem i musnął delikatnie moje usta swoimi. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Nie, gdy on mnie dotykał.
- Masz jakieś specjalne życzenia na dzisiejszy dzień?- zapytał.
Spędzić z tobą jak najwięcej czasu- chciałam odpowiedzieć, ale wydawało mi się to zbyt nachalne. Zamiast tego, odparłam zwykłe nie.
- Więc mam kilka propozycji. Po pierwsze, mam dla ciebie niespodziankę- powiedział tajemniczo.- A później poszwendamy się trochę po mieście. Chcę, żebyś mi trochę opowiedziała o sobie.
- Coś za coś, Jackie- odparłam, a on mruknął z zadowolenia.
- Uwielbiam, gdy tak do mnie mówisz- zerknął na zegarek na ręce i cicho gwizdnął.- Dobrze, musimy się śpieszyć, bo chcę poznać cię jak najlepiej.
- A jeśli nie spodoba ci się to, czego się dowiesz?- i tu właśnie był problem... Nie należałam do normalnych dziewczyn. Zdecydowanie nie zaliczałam się do tej grupy. Na swój zwariowany sposób.
- Och, i ten tajemniczy błysk w oczach... Zdecydowanie chcę się dowiedzieć o tobie jak najwięcej- stwierdził.- Zacznijmy więc od niespodzianki- wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko, obwiązane srebrną wstążką. Podał mi je, a ja zmarszczyłam brwi.
- Przecież już kupiłeś mi kwiaty- powiedziałam, patrząc na prezent. Wiedziałam, że w środku znajduje się coś drogiego. Bałam się, co to może być.
- Kwiaty to nie prezent. Ale podobał mi się widok ciebie wśród czerwonych róż- uśmiechnął się.- Otwórz- ponaglił.
Chwyciłam koniec wstążki i lekko ją pociągnęłam. Ozdobna kokardka spadła na stół, a ja odsłoniłam wieczko.
O nie... Nie... Tylko nie to!
- Podoba ci się?- zapytał. Spojrzałam na niego. Ukryłam przerażenie pod wielkim uśmiechem. Lekko przygryzłam dolną wargę.
- Jest śliczny- wyciągnęłam złoty naszyjnik z zawieszką, w kształcie gwiazdy. Wyglądał naprawdę uroczo. Bałam się, że mogę zepsuć ten cieniutki złoty naszyjnik. Wszystko było w porządku, nie licząc zawieszki. Gwiazda Dawida. Sześcioramienny kształt leżał na mojej dłoni.
- Ciekawy dobór. Skąd pomysł na gwiazdkę?- dopytywałam. Poczułam zimne poty na karku. Dłonią automatycznie sięgnęłam, aby dotknąć prawej łopatki, udając, że odgarniam włosy.  Był tam. Moje znamię... Delikatna wypukłość, którą chciałam ukryć pod tatuażem. Blizna, którą zostałam naznaczona w dniu wypadku. Blizna w kształcie sześcioramiennej gwiazdy...
- Chciałem, abyś nosiła coś ode mnie. Coś co przypominałoby ci, że jesteśmy razem. I wtedy zobaczyłem to w sklepie- wskazał na naszyjnik.- Był niesamowity. Inny. Niezwykły. Od razu skojarzył mi się z tobą.
- Możesz mi go założyć?- podałam mu biżuterię, a on z wielką przyjemnością zapiął mi go na szyi. Dotknęłam metalu i zalała mnie fala przyjemności. Jego radość sprawiała mi wielką przyjemność, a świadomość, że on również jest szczęśliwy, gdy i ja jestem, wydawała się obłędna. - Dziękuje, jest śliczny- splotłam dłonie na jego szyi i namiętnie go pocałowałam. - Chodźmy zacząć nasz wspólny czas.

 Ze splecionymi palcami, podążaliśmy wzdłuż ulicy, śmiejąc się. Jackson zaciągnął mnie do jakiegoś zaułku i przytulił do siebie, zasłaniając jednocześnie moje usta, abym nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Schowani, patrzyliśmy na chodnik, gdzie podążał wściekły mężczyzna w garniturze, z wielką plamą od lodów na ramieniu. Gdy tylko nas minął, wybuchłam gromkim śmiechem, a chłopak mi zawtórował. Jackson, tak jak chciał, dowiedział się wiele różnych rzeczy o mnie. Spędziliśmy kilka chwil w miejscach, które często odwiedzam. Jackson nawet kupił sobie płytę mojego ulubionego zespołu, Asking Alexandria. Chciałam być przy tym, gdy muzyka będzie miażdżyć jego bębenki. Już wyobrażałam sobie grymas malujący jego twarz. Zapewne, wtedy także by wyglądał słodko. Zwiedzaliśmy także park, gdzie kupił mi niebieską watę cukrową, twierdząc, że zainspirowały go do tego kolor moich włosów. Nie wiem, jakim cudem wiedział, że akurat w tym miejscu ją sprzedają. Zrobił mi nawet zdjęcie, na którym ją jem.
Strasznie dociekał, dlaczego tak często się przeprowadzałyśmy, gdyż zwykłe wyjaśnienie, że to z powodu ciotki pracy, niezbyt go przekonywało. Gdyby nie on, sama nie nabrałabym wątpliwości. Czy rzeczywiście aż tak często ją przenoszono?
Następnie przenieśliśmy się na most, tuż nad stoiskiem z watą cukrową. Jackson pokazywał mi palcem różne miejsca, które stamtąd były widoczne. Chciał abyśmy zwiedzili tamte miejsca, gdyż ponoć w każdym jest cząstka jego. Tak mogłam go poznać. Jego charakter, zainteresowania, pasje... Chciał, abym sama do tego doszła. A ja bardzo chętnie podjęłam się temu zadaniu. Stojąc tak, zaczęliśmy się całować, póki nie zatraciwszy się całkowicie, pod wpływem jego dotyku, lód wyślizgnął mi się z dłoni i spadł w małą przepaść, lądując... na marynarce tego mężczyzny. Gdyby nie mój charakterystyczny kolor włosów, moglibyśmy swobodnie uciec.
- Na co jeszcze masz ochotę?- zapytałam, przerywając nasz czuły moment.
- Na ciebie- mruknął z zadowoleniem, znowu mnie całując. Gdy się ode mnie oderwał, spojrzał na otaczające nas budynki. Widziałam, że się nad czymś zastanawia.- Wiem, że to ty masz dzisiaj urodziny, ale chciałbym...- westchnął.- Chciałbym pójść z moją dziewczyną do kina. Chcę w końcu tam obejrzeć film- cmoknęłam go w nos.
- Nigdy nie byłeś w kinie?- nie udawałam zaskoczenia.
- Nie...- odparł zawstydzony.- Nie miałem na to czasu. Albo po prostu nie miałem z kim iść.
- Więc musimy to nadrobić- pociągnęłam go w stronę multipleksu.
Kroczyliśmy po czerwonym dywanie, spoglądając na plakaty, oświetlane nikłym światłem, przedstawiających ekranizowane dzieła. Chłopak co chwilę wskazywał na jakiś obraz, proponując, abyśmy go obejrzeli. W końcu nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
- To, że jestem dziewczyną, nie znaczy, że uwielbiam same romansidła- powiedziałam, na co on wypuścił głośno powietrze.
- To dobrze. Więc co proponujesz?
Rozejrzałam się wokół, szukając czegoś ciekawego. W końcu natrafiłam na to, co tak uparcie poszukiwałam.
- Horror!- krzyknęłam, pokazując na film.- Pójdźmy na to- wskazałam ręką plakat, na którym widniał napis Deliver Us from Evil. Jackson był wyraźnie zainteresowany moją propozycją.
- Jesteś pewna?- spojrzał na mnie niepewnie, jakby przypuszczał, że ten film zdecydowanie mi się nie będzie podobać.- Wydaje się być trochę straszny...
- Nie chcesz, abym ze strachu tuliła się do ciebie?- zapytałam, siląc się na uwodzicielski ton. Im dłużej spędzałam z nim czas, tym bardziej swobodnie się przy nim czułam. Teraz jego obecność dodawała mi odwagi.
- Cholera- zaklął.- O tym nie pomyślałem- podbiegł do kasjerki, chcąc kupić dwa bilety na seans. Zaśmiałam się, widząc jak się śpieszy. Nawet kilka banknotów wypadło mu z dłoni.
- Cass!- usłyszałam za sobą głos przyjaciółki. Odwróciłam się i dostrzegłam ją, biegnącą w moją stronę. Rzuciła mi się na szyje i zapiszczała mi do ucha. Jej entuzjazm także mi się udzielił, więc zaczęłam się cieszyć jak dziecko, ze spotkania z nią.- Dobrze, że cię widzę- powiedziała.
- Co tu robisz?- zapytałam, nie zważając na jej słowa.- Przyszłaś z...?- nie musiałam dokańczać, aby Letty domyśliła się o kogo chodzi. Wskazała na chłopaka, idącego w naszą stronę. Szczerze powiedziawszy, wyglądał inaczej niż wcześniej. Jego kolorowy irokez, został zastąpionymi ciemnobrązowymi włosami, które były lekko zmierzwione. W uszach widniały dwa małe tunele. Na jego wardze także znalazł się kolczyk. Uśmiechnął się do nas, ukazując śnieżnobiałe uzębienie, które nie jedna gwiazda filmowa by mu zazdrościła.Włożył dłonie kieszeń, skórzanej kurtki i powolnym, pewnym siebie krokiem, zbliżał się do nas. Dostrzegłam, że zza koszulki wystaje mu czarny tatuaż, zdobiący jego ciało. Nie wiedziałam czy zaczynał się na szyi, czy tam kończy. Ale byłam pewna, że moja przyjaciółka już go widziała. Chłopak nie wyglądał tak, jak gatunek muzyki, którą śpiewał, na to wskazywała. Może i był wokalistą zespołu metalowego, ale wyglądał dosyć łagodnie. A przynajmniej ja tak to odczuwałam.
- Idę odebrać bilety- powiedziała, po czym cmoknęła mnie w policzek i podeszła przywitać się z Jackson'em. W międzyczasie, podszedł do mnie jej chłopak.
- Azz- zaczęłam- o ile pamiętam...
- Demon Azazel- przedstawił się, z szerokim uśmiechem na twarzy. Pacnęłam go w ramię, za które później się złapał, udając, że zadałam mu straszny ból.
- Ładnie tak naśmiewać się było z pijanej osoby?- zapytałam urażona.
- No cóż... Wtedy twierdziłaś, że nic ci nie jest.
- Ale moja teoria była prawie prawdziwa. Azz, to skrót od Azazel?- chłopak wybuchnął śmiechem.
- Oczywiście, że nie- zaprzeczył.- Azz to skrót od...- zaczął, ale nie dane mu było dokończyć, gdyż Jackson wkroczył do akcji. Objął dłońmi mnie w talii i złożył delikatny pocałunek na moim policzku.
- Idziemy?- zapytał.- Zaraz zaczynie się film.
- Chwila!- zawołała Letty.- Najpierw musimy ci coś powiedzieć.
Spojrzałam na nią przerażona. Przebiegłam wzrokiem po jej ciele, spoczęłam na chwilę na jej splecionych palcach z Azz'em, a później spojrzałam na niego. Uśmiechał się do mnie łobuzersko, a z mojej twarzy spłynęły wszystkie kolorki, zastępując bladości.
- Scarlett- szepnęłam.- Ty chyba nie jesteś...
- Co?! Nie! Oczywiście, że nie!- zaprzeczyła, a brunet zaniósł się śmiechem.- Chciałam ci powiedzieć, że przekładamy nasz wypad do spa na następny weekend, a w ten wybieramy się do mojego domku nad jeziorem. W wakacje byłaś zbyt zajęta, aby odpocząć, więc teraz musimy to nadrobić. Co ty na to?
Poczułam wielką ulgę. Nie wiem jak mogło mi przyjść do głowy taki absurdalny pomysł. Letty i ciąża. Zresztą, ona do wszystkiego była zdolna.
- Pomyśl. Nasza czwórka odpocznie sobie nad pięknym jeziorem- przekonywał mnie Jackson.- Trzy dni, tylko dla siebie- szepnął mi do ucha, aby oni nie usłyszeli. Poczułam ekscytację i jednocześnie przerażenie. Trzy dni. We czwórkę. Z dala od miejskiego hałasu.
- Brzmi świetnie- odparłam, a moja przyjaciółka zapiszczała z zadowolenia. Chyba nawet bardziej cieszyła się ode mnie.
Postanowiłam zapomnieć o swoich obawach. W ten weekend miałam się dobrze bawić. Poczuć się normalnie i nie zamierzałam tego niszczyć.


 Mój dobry humor zniknął, wraz z dojazdem nad jeziorem. Zdarzało się, że w weekendy wyskakiwałyśmy na mały wypad tutaj, chcąc uniknąć miastowego gwaru. Nie byłyśmy same, gdyż ciotka Letty wpadała co kilka godzin do nas. Tak na wszelki wypadek, jakbyśmy chciały coś wymyślić, jak to stwierdzili jej rodzice. No i moja ciotka też. Tym razem także nie byłyśmy same. Miał nam towarzyszyć Azz i Jackson. W pierwszej chwili, gdy już wszystkie obawy zniknęły, nie miałam z tym najmniejszego problemu. Jednak teraz, gdy spoglądałam na dom, bałam się. Moja przyjaciółka nie podzielała moich obaw, ale czego mogłam się po niej spodziewać? Pamiętam jej każdy związek, odkąd zaczęłyśmy się przyjaźnić. Zawsze wierzyła, że jej partner, jest tym jedynym. Zakochiwała się po same uszy, a potem cierpiała, gdy okazało się, że jej wybranej nie był do końca z nią szczery. Weekend z Azz'em, zapowiadał się wspaniale. Przynajmniej dla niej. Ja mu nie ufałam, chociaż mój wewnętrzny głos mówił coś innego. Azz był w porządku, ale ukrywał coś, czego ona nie była świadoma. Może właśnie to mnie w nim niepokoiło? Albo po prostu troska o moją przyjaciółkę, wzięła górę nad rozsądkiem?
- Cass!- krzyknął Jackson, machając w moją stronę. Odwzajemniłam jego gest, a on podbiegł do mnie. Dopadł mnie przed bagażnikiem, gdy chciałam wyciągnąć swoją torbę. Wtuliłam się w jego ciało, a on delikatnie musnął moje usta swoimi. Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu, a w jego oczach zobaczyłam znajomy błysk.
- Tęskniłem- wymruczał mi do ucha, trącając nosem mój policzek. Uśmiechnęłam się.
- Przecież widzieliśmy się dwie godziny temu...
- To za długo- sięgnął po moją torbę i przerzucił ją przez ramię. Splótł nasze palce ze sobą i pociągnął w stronę domu.
Zbiórkę zrobiliśmy tuż przed moim domem, a ciotka upierała się, że nie mogę jechać taki kawał sama w aucie z facetem. Nie chciałam się z nią kłócić, gdyż wiedziałam, że jeszcze trochę i będzie kazała zostać mi w domu. Obiecałam jej, że całą drogę spędzę z Letty. Przytrzymała nas jeszcze godzinkę, aby mieć pewność, że nie zamienimy się miejscami w czasie jazdy. Dlatego też chłopaki byli na miejscu przed nami. Zdążyli opróżnić zawartość lodówki, szykując jedzenie na wieczorne ognisko. Oczywiście nie odmówili sobie przy tym alkoholu.
Ten wieczór zapowiada się naprawdę ciekawie...
Obróciłam się i dostrzegłam Letty kroczącą ze swoim chłopakiem za nami. Uśmiechnęła się podejrzliwie, a ja dopiero teraz dostrzegłam, że coś zdecydowanie było nie w porządku. Przystanęłam na chwilę, a gdy dziewczyna podeszła do mnie, pociągnęłam ją na bok za rękę. Spuściła wzrok, przygryzając prawy policzek. Denerwowała się.
- Coś ty wymyśliła?!- powiedziałam trochę głośniej niż zamierzałam.
- To nie tak... To miała być niespodzianka...- tłumaczyła się.
- Niespodzianka? Scarlett! Mów wreszcie o co chodzi!
Na jej twarzy namalował się szeroki uśmiech.
- Idź i sama zobacz. Jest w środku.
Puściłam ją i ruszyłam w stronę domu, omal nie potykając się na kamykach, które torowały drogę do niego. Wchodząc na werandę, drewno głośno zaskrzypiało, ale ja szłam dalej, nie przejmując się tymi odgłosami. Hol łączył się z salonem, w którym nikogo nie zauważyłam, więc ruszyłam w głąb budynku. Usłyszałam czyiś śmiech i przez chwilę zatrzymałam się w miejscu. Dziewczyna? Myślałam, że będziemy sami...
Z trudem przekroczyłam próg kuchni, dostrzegając jakąś dziewczynę. Właśnie przygotowywała napoje, gdy mnie dostrzegła. Posłała mi szeroki uśmiech, na co ja odparłam zdziwioną miną. Nie znałam jej...
- Jest i moja dziewczynka!- krzyknął ktoś za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam mojego starego znajomego. Już nie wyglądał tak młodo, jak przy ostatnim spotkaniu, chociaż wciąż mogłam dostrzec pod jego blond lokami, dziecięce rysy. Pełne usta, zostały wykrzywione w szerokim uśmiechu, a jego niebieskie niczym ocean oczy, utkwiły we mnie. Nie wiele myśląc, rzuciłam się na niego, ściskając z całych sił. Podniósł mnie i kilka razy okręcił wokół własnej osi.
- Cześć przystojniaku- uśmiechnęłam się, gdy postawił mnie na podłodze.- O Boże... Ale cię dawno nie widziałam!
- Więc jednak niespodzianka się udała?- wtrąciła się Letty, uprzedzając jego wypowiedź. Cmoknęłam ją w policzek.- Mam nadzieję, że następna także ci się spodoba...- powiedziała niepewnie, po czym wyszła z kuchni.
- Co tu robisz?- zagadnęłam, zapominając o brunetce stojącej tuż za nami. Zapewne to była jego dziewczyna.
- Przyjechałem w odwiedziny - uśmiechnął się. - Dostałem kilka dni urlopu i postanowiłem do was wpaść. Scay opowiedziała mi o waszej wycieczce, więc pomyślałem, że to będzie idealna okazja. No i będę mógł mieć was na oku... Nie wiem co oni sobie myśleli posyłając was tutaj z nimi!- wskazał na chłopaków, którzy akurat weszli do domku. Przepychając się, doszli do kuchni i omal się nie zabili, dostrzegając zimną lemoniadę, stojącą na blacie. Zaśmiałam się pod nosem, ale przestałam, gdy Mark spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem.
- Big brother w akcji? - objął w pasie brunetkę, która stanęła obok niego.
- Jestem po prostu troskliwym bratem. I nie rozumiem jak moja siostra mogła wybrać sobie kogoś takiego- spojrzał na Azz'a.- Przecież to demon w ludzkiej skórze!- zaśmiał się, a przeze mnie przeszedł dziwny dreszcz.- A skoro już jesteśmy przy kwestii mojej siostry... Azz!- krzyknął, przez co chłopak zwrócił na niego swoją uwagę.- Na pewno będziemy się świetnie razem bawić, prawda chłopcze? Ty i ja. W jednym pokoju- spojrzenie chłopaka Letty trochę zmizerniało. Mogłabym przysiąc, że słyszałam cichy jęk wydobywający się z jego ust. Mark znów zwrócił się do mnie. - Będę miał go na oku, a ty weźmiesz Scay. Niech tylko spróbuje przyjść do niej w nocy, gdy starszy brat będzie na swoim stanowisku!- roześmiał się, po czym wyszedł na zewnątrz. 
Jackson poklepał po plecach swojego znajomego, próbując dodać mu otuchy. Azz zaśmiał się nerwowo.
- On nie żartuje- powiedziałam.- Będzie całą noc czuwał i cię pilnował, żebyś nic nie wywinął. 
- Spokojnie- zapewnił chłopak.- Nie ma sytuacji, z której ten demon by się nie uratował- zażartował.



Hej :* 
Tak... wiem... trochę mnie nie było :c 
A teraz czas na wyjaśnienia! Otóż od początku września mam problemy zdrowotne i zaczęło się latanie od lekarza do lekarza. Teraz leżę w szpitalu -.- Więc miałam trochę czasu między badaniami, żeby napisać rozdział. Rozdziały na waszych blogach ( szczególnie te, które miałam skomentować na początku września) nadrobię w najbliższym czasie :*
Pozdrawiam i przepraszam za tą długą przerwę!
Seo ;*

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 3 " Milcząc, cierpimy jeszcze bardziej".






          Jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie upłynął. Zwykle przygotowania do wyjścia, nie zajmują mi tyle czasu. Szybki prysznic, mycie i suszenie włosów, delikatny makijaż i... ubrania. Mnóstwo ciuchów walało się po moim pokoju. Aż dziwiłam się, że tyle zmieściło się w szafie. Spokojnie mogłam zapełnić nimi jakiś sklep. Idąc do Letty, ubrałam jeansy i pierwszy lepszy top, który wpadł mi w ręce. Nie przejmowałam się, że ktoś mnie zobaczy. Nigdy się tym nie przejmowałam, bo jakoś tytuł gwiazdosi niezbyt mi pasował. Tym razem było inaczej. Miałam się spotkać z Jackson'em, który za dziesięć minut miał po mnie przyjechać.
Cholera!
Taka mała rada na przyszłość... Nigdy więcej nie przefarbuje włosów na niebiesko! Strasznie trudno dobrać do nich jakieś ciuchy.
- Tim!- Jęknęłam. Blondynek po chwili pojawił się w moim pokoju. Zaśmiał się, patrząc na stertę rozrzuconych ubrań.- Nie śmiej się tak, tylko pomóż mi coś wybrać!
Czy to rozsądne robić z sześciolatka małego stylistę? Okey... był jeszcze młody, ale naprawdę potrafił dobrać mi idealny strój na każdą okazję. W końcu czegoś się nauczył po tych kilku latach dzielenia się ze mną pokojem. Jak na 6 latka miał znakomity gust.
- Czemu nie ubierzesz tych nowych ciuchów, które sobie ostatnio kupiłaś?
- O boże... Jesteś genialny!- Dlaczego o tym zapomniałam? Przecież specjalnie kupiłam sobie strój na spotkanie z Jackson'em.
Czarne szorty z ćwiekami po bokach, a do tego bluzka z jakimś napisem. Jeszcze nie oderwałam metki. Ubrania idealnie na mnie leżały i wyglądałam w nich całkiem dobrze. Podkreśliłam kredką oczy, nadając im dzikości i charakteru. Jedyne czego nie cierpiałam w swoim wyglądzie, to te oczy. Szare tęczówki, pokazujące bezdenną pustkę. Dostrzegałam w nich nicość. Zazdrościłam Letty, gdyż w jej oczach zawsze widniała radość. U mnie tego nie było. Ale próbowałam jakoś to naprawić poprzez makijaż, chociaż na niewiele to się zdało.
Wybiła ósma, a mój telefon zabrzęczał. Mój wybranek czekał na mnie przed domem. Szybko chwyciłam klucze od domu i już miałam wyjść, gdy Timmy mnie zawołał. Odwróciłam się, a srebrny naszyjnik przeleciał przez hol. W ostatniej chwili złapałam go i zawiesiłam na szyi. Gdyby on tylko żył, zrobiłby niezłą karierę w branży modowej.
- Będę przed dwunastą- uśmiechnęłam się do niego.- Mary wróci o drugiej, albo zostanie u swojego amanta, więc masz cały telewizor dla siebie- zamknęłam drzwi i spojrzałam na chłopaka. Znowu poczułam się tak jakby czas stanął w miejscu. Jackson stał oparty o czarnego mustanga, którym przyjechał. Szara koszulka opinała jego muskularne ciało. Włosy, zwykle lekko kręcone, tym razem były proste, ułożone w delikatnym nieładzie. Uśmiechnął się do mnie, gdy się do niego zbliżyłam. Uderzył mnie zapach jego wody kolońskiej, przez co nogi zrobiły się strasznie wiotkie. Ale szłam dalej i ani razu się nie potknęłam. Za co musiałam dziękować tym na górze, o ile zacznę kiedyś w nich wierzyć.
- Wow- westchnął.- Wyglądasz pięknie.
Zarumieniłam się. Super... coś czuję, że ten kolorek szybko nie zejdzie mi z twarzy. Chłopak cmoknął mnie w policzek, co wywołało kolejny rumieniec...
- Dzięki- mruknęłam, odzyskując głos.- Wiesz, gdzie mieszka James?
- Yhym- przytaknął.- To tylko kilka domów ode mnie.
- Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać... Mogłam zabrać się z Letty i spotkalibyśmy się na miejscu- bąknęłam.
- I miałbym odmówić sobie przyjemności zobaczenia cię pierwszej ze wszystkich? Nigdy w życiu- ponownie się do mnie uśmiechnął.- Jedziemy?
- Jedziemy- przytaknęłam.



- Wow...- jęknęłam, dostrzegając jego posiadłość.- Wow...
Dziękuje za zbyt rozbudowane słownictwo!
Jego dom był olbrzymi. Mój mógłby się tu zmieścić kilka razy. Wielki podjazd, na którym stało kilkanaście zaparkowanych aut. Brama była otwarta, umożliwiając nam bezproblemowy wjazd. Jackson zaparkował niedaleko wejścia frontowego. Gdy tylko otworzyłam drzwi samochodu, usłyszałam muzykę, tak jakby grała tam jakaś kapela?
- Muzyka na żywo- powiedział chłopak.- Nieźle.
No cóż. Ja nadal dysponowałam ograniczonym słownictwem.
Chciałam znów wyrazić swój zachwyt, jednym krótkim słowem, ale na szczęście się powstrzymałam. Dom, jak i jego wnętrze, było ogromne i świeciło luksusem. Ludzie rozkładali się niemal wszędzie. Chociaż impreza trwała od godziny, spora część imprezowiczów była już zalana. Albo zjarana, gdyż mała grupka uczniów urządziła sobie w salonie palenisko. Około dziesięciu uczniów siedziało w kółku, a pośrodku nich znajdowała się fajka wodna, którą sobie podawali. Słyszałam jeszcze śmiech jednego z nich, nim Jackson pociągnął mnie na tył budynku. Zachwycona budowlą, nawet nie zauważyłam, że splótł nasze palce ze sobą. Gdy już potrafiłam jakoś racjonalnie myśleć, zalała mnie nagła fala ciepła.
- Idę po piwo. Też chcesz?- zapytał, wpatrując się w moje oczy.
- Jasne.- Odzyskałam głos!
Jackson nachylił się do mnie i musnął ustami mój policzek, po czym się uśmiechnął.
- Zaraz wracam.
Odprowadziłam go wzrokiem, nim zniknął w jakimś pomieszczeniu. Rozejrzałam się wokół, próbując wypatrzeć moją przyjaciółkę. Zamiast niej, znalazłam niestety gospodarza...
- Elfik!- krzyknął w moją stronę, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
- Arogancki dupek!- odparłam.
James roześmiał się i podszedł do mnie.
- Wiedziałem, że przyjdziesz. Nikt nie potrafi oprzeć się urokowi Jamesa Campbella.
- Przejrzałeś mnie- westchnęłam.
- Och, kochanie nie przejmuj się tym- zapewnił.- Nie ty pierwsza się we mnie zakochałaś- nachylił się, żeby mnie pocałować, ale ja na szczęście zdążyłam go odepchnąć. No super... właśnie chyba tego chciałam uniknąć nie przychodząc tu.
- Jesteś pijany, James.
- Czyli na trzeźwo byś mnie pocałowała?- uniósł brew do góry, przez co chciałam parsknąć śmiechem. O tak! Rzeczywiście był pijany.
- Prędzej bym umarła, niż cię pocałowała- zapewniłam. Dziwny błysk zawitał w jego, tym razem czerwonych, oczach.
- Uważaj czego sobie życzysz, Elfiku. Niektóre rzeczy się spełniają...- zmarszczyłam brwi.- Widziałem Scarlett, ale ty nie przyjechałaś z nią... więc kto miał ten zaszczyt, żeby cię przywieźć? Mogłaś do mnie zadzwonić. Chętnie bym poratował damę w opałach- posłał mi całusa.
- Nie mam twojego numeru- jęknęłam i nerwowo zaczęłam rozglądać się za Jackson'em. Chciałam jak najszybciej pozbyć się jego towarzystwa. Był zbyt nachalny i do tego śmierdział alkoholem.
- Wysłałem ci esemesa z adresem.
- Musiałam go przypadkowo usunąć.- Ta, jasne. Przypadkowo.- Wybacz, ale muszę...
- Cass!- krzyknęła moja przyjaciółka. James skrzywił się i nawet nie wyobrażał sobie, jak bardzo cieszyłam się z jej przyjścia. Mogłam uwolnić się od niego i to zrobiłam.- Nie wierzę! Jednak udało mu się ciebie namówić.
- Nawet nie wiesz jak było trudno- odparł Jackson, dołączając do rozmowy.- Dzielnie się broniła- mrugnął w moją stronę, podając mi kubek z piwem. Od razu upiłam z niego kilka łyków alkoholu. Może i jakoś trzymałam się na nogach, gdy on był przy mnie, ale w głowie miałam zupełnie pustkę. Okey... Wdech, wydech. Spokojnie. Dam radę.
- Chodźcie na dwór- odezwała się Letty.- Oni są naprawdę świetni!
Przyjaciółka chwyciła moją dłoń i pociągnęła na zewnątrz. Kątem oka dostrzegłam śmiejącego się Jacksona. Chłopak pokręcił głową i ruszył za nami. Letty przepychała się między ludźmi i już po chwili znaleźliśmy się na zewnątrz, gdzie znajdowało się jeszcze więcej ludzi. Byłam pewna, że jest tu cała szkoła, o ile nie pół sąsiedniej... Scenę rozłożono za basenem. Wielki tłum wiwatował grającej kapeli. Grali głośno i, według mnie, byli zajebiści. Metalika- moje drugie ja. Nie znałam zespołu, ani piosenki, którą grali, dlatego też chciałam podejść jak najbliżej sceny, aby ich zobaczyć. Letty zupełnie zatraciła się w muzyce. Ruszała się jak zawodowa tancerka, a ja byłam pewna, że to nie było spowodowane tylko alkoholem.
Dostrzegłam Jamesa zaraz obok sceny. Zamienił kilka słów między wokalistą, a mnie niemal szczęka odpadła. Byłam pewna, że on był martwy! A w rzeczywistości grał w tym zespole?
- Słodki, nie?- zagadnęła do mnie Letty, wskazując na muzyka. Jego różowy irokez został przefarbowany na niebieski, ale to wciąż był ten sam facet, którego spotkałam przy wyjściu z biblioteki. Było zbyt głośno, abym mogła usłyszeć jego myśli i dowiedzieć się, czy on naprawdę żyje. Chociaż gdyby był martwy, to znaczyłoby, że James też widział duchy, albo po prostu był taki jak ja. Co było niemożliwe, a ja powoli zaczynałam bredzić. Kubek, który trzymałam, zdążył się już napełnić kilka razy, a ja zaczęłam odczuwać jego wpływ. Zdecydowanie musiałam zwolnić z piciem.
- Skończyłaś już potajemnie wzdychać do Jamesa?- moja przyjaciółka wyszczerzyła się w uśmiechu.
- Ta... Myślę, że mogę ci go w końcu zostawić. Zdecydowanie podoba mi się jego kolega- rozejrzała się wokół siebie.- Chodź, już powoli trzeźwieję, a do tego nie można dopuścić!
Zapewne, nie mówiła tu o alkoholu. I tak też było. Usiadłyśmy w kręgu, a Letty wzięła od kogoś fajkę i zaciągnęła się dymem. Od momentu znalezienia kilku jointów w szufladzie jej brata, zaczęła od czasu do czasu jarać. Nie była uzależniona, więc nie martwiłam się zbytnio o nią. Sama też czasami dołączałam i teraz też to zrobiłam.
- Tylko nie przesadź- zagroziła rozbawiona dziewczyna. Przewróciłam oczami i szybko podałam skręta siedzącemu obok chłopakowi. Nie cierpiałam tego, a ona w takim stanie zapominała, że nie palę. Chłopak zaciągnął się, a ja poczułam się, jakbym sama paliła. Od razu poczułam mrowienie w gardle. Letty zaczęła się śmiać, a ja jej zawtórowałam.
- O matko...- jęknęłam.
- Wiem, stara. Znowu się zjarałam!- krzyknęła rozbawiona. Zasłoniłam dłonią jej usta, aby nikt jej nie usłyszał.
Dziwiłam się samej sobie, że cały czas nie piłam. Ani nie brałam żadnych używek. Nie słyszałam nic. Byłam zbyt rozkojarzona, aby rozróżnić gwar rozmów od myśli, czy też odczytać ich aury. Wszystko się mieszało, a mnie to odpowiadało. Czułam się wtedy normalna. Chociaż nie... To nie było normalne. Nie mogłam być taka po kilku piwach bądź nawdychawszy się dymu, czuć się gorzej niż bym naprawdę spaliła kilka skrętów. Coś było zdecydowanie nie tak.
- Tu jesteś!- krzyknął James. Próbowałam wstać i się przed nim schować, ale nie potrafiłam jakoś podnieść się na nogi. Letty położyła się na plecach, palcem kreśląc jakieś znaki w powietrzu. Co chwilę z jej ust wydobywał się śmiech. Obróciłam się, a ciemnowłosy stał tuż za mną. Uśmiechał się tym swoim zabójczym uśmiechem, od którego pewnie nie jednej dziewczynie kręciło się w głowie. Tak, jak mi teraz, ale to było spowodowane zupełnie czymś innym.
- James! Ty...- nie dokończyłam, gdyż nie mogłam powstrzymać śmiechu. Nawet nie potrafiłam normalnie się wysłowić.
- Oj, Cass. Coś ty narobiła- pokręcił głową, wyraźnie zmartwiony. Czyżbym pierwszy raz widziałam w jego oczach troskę, czy może znowu udawał?
- Muszę znaleźć Jacksona- jęknęłam. Musiał mnie odwieźć do domu. Przesadziłam, chociaż nie wiedziałam nawet z czym.
- Zaraz- chwycił mnie za ramię i wyprowadził z domu. Cały czas chichotałam, mijając pijanych ludzi. Zataczali się, a ja wcale nie byłam lepsza od nich. Jedynie co, to wyglądałam dosyć schludnie. Nie byłam oblana nigdzie piwem, ani nie puściłam pawia. Nawet nie spociłam się aż tak bardzo, po tańcach z Letty. Właśnie... Letty!
- James- zawołałam, a on się odwrócił. Zachichotałam.- Nie mogę tak zostawić Scarlett. Ona całkowicie odpłynęła.
Zauważyłam, że zaczął analizować moje słowa, próbując wymyślić jakieś wyjście. Przez to, zrobiła mu się taka śmieszna zmarszczka na czole, którą dotknęłam palcem, a z moich ust wydobył się kolejny chichot. Zza jego pleców wyłoniła się niebieska czupryna. Chłopak objął ramieniem Jamesa i wyszeptał mu coś do ucha, po czym odwrócił się w moją stronę. Zdziwienie, szybko zostało zamieniona na rozbawienie, gdy mierzył mnie wzrokiem. Podeszłam do nieznajomego i pacnęłam go ręką w pierś. Obydwoje spojrzeli na mnie zdezorientowani, a ja zaczęłam chichotać. Znowu.
- Wow. Ty żyjesz!- krzyknęłam.- Ale dlaczego nie widzę twojej aury? Chyba, że jest zielona...- kolejne parsknięcie.
- Dobra, pójdziemy znaleźć Jacksona, a ty- zwrócił się do swojego znajomego- zajmiesz się jej przyjaciółką. Leży w salonie.
Chłopak zasalutował na zgodę i zaczął się oddalać od nas.
- Letty będzie zachwycona- powiedziałam ciemnowłosemu.- Nie dość, że facet, który jej się podoba, będzie jej pilnował, to do tego jest demonem! Co za noc!
No dobra. Szczerze, to nie wiem czemu to powiedziałam. Ale słowo się już rzekło i... i było mi przez to strasznie głupio. Właśnie dlatego nie przesadzałam nigdy z alkoholem.
- Jaki demon?- zapytał wyraźnie zdumiony chłopak. Jego kolega także przystał w miejscu i odwrócił się w naszą stronę.
- Och! Przepraszam... Zapominam, że nikt poza mną tego nie widzi. A może jednak?- znowu zaczęłam bredzić.- James spójrz na niego- wskazałam palcem na niebieskowłosego, którego włosy były o parę tonów ciemniejsze niż moje.- Spójrz na jego plecy. Ma dwa wielkie, czarne skrzydła jak ptak! - klepnęłam go w plecy i westchnęła, nie czując nic. Żadnego pierza, czy czegokolwiek. To była tylko iluzja.- Mój ty zazdrośniku- zaświergotałam.- Ty też masz takie, kochany.
- Zbyt dużo wypiła- stwierdził jego przyjaciel.
- O nie!- zaprzeczyłam.- Wasza trójka ma takie coś na plecach. Ty, James i Jackson. Tylko, że on ma białe. Dziwne nie? A ja jestem fioletowa!- krzyknęłam radośnie. Moja skóra mieniła się fioletowo- srebrną barwą. Szkoda, że dopiero teraz to zauważyłam.
James był zmieszany całą tą sytuacją, przez co na jego czole pojawiła się duża zmarszczka, ale zaraz zniknęła, gdy mój dzisiejszy towarzysz trzepnął go ręką w głowę.
- Co wyście jej zrobili?!- Jackson zrobił groźną minę, chociaż nie pasowała do niego.
- Cass, coś ty wzięła?- kruczowłosy zwrócił się do mnie, po czym zawołał swojego znajomego z niebieskim irokezem.- Azz! Zajmij się jej przyjaciółką i sprawdź czy jej też odbiło.
- Nic jej nie jest- zapewniłam.- To tylko na mnie tak działa. Nie powinnam była tyle wypić, ani wąchać tego świństwa. Teraz wybaczcie, ale muszę dostać się do domu. Tim będzie się martwić- powiedziałam ze śmiertelną powagą. Powoli wracałam do normy. Alkohol przestawał działać.
- Odwiozę cię- brunet objął mnie ramieniem, kierując w stronę wyjścia. Zdążyłam jeszcze się odwrócić i pomachać na pożegnanie Jamesowi, który... zdecydowanie wyglądał na zmartwionego. Ale chyba nikt nie potrafił tak długo udawać? Musiał naprawdę przejmować się moim stanem, co było dosyć dziwne.
Jackson wpakował mnie do auta i zapiął pas.
- Jesteś taki słodki, Jackieee- palnęłam bez namysłu, a on uśmiechnął się.
- Cass, jesteś pewna, że nikt nic ci nie dorzucił czegoś do picia? Albo...
- Nie. Tak. Nie wiem... Wszystko było w porządku, dopóki nie poszłam z Letty. A właśnie, co z nią?
- James zapewnił, że się nią zajmie, więc nie musisz się martwić. Jest w dobrych rękach.
- Nie lubisz go- i znowu moja jadaczka nadawała na pełnych obrotach.
- Znałem go już wcześniej. Dalej jest tym samym dupkiem co kiedyś- chociaż było ciemno, mogłabym przysiąc, że się uśmiechał.
- Taaak. Straszny z niego dupek!- zachichotałam.
- No dobra, jesteśmy na miejscu. Dasz radę sama wejść?
Próbowałam. Starałam się to zrobić, ale chociaż już zamek od drzwi samochodu ustąpił, ukazała mi się bezdenna otchłań, w postaci chodnika.
Jackson szybko obszedł samochód i pomógł mi wysiąść. Zachwiałam się i jakimś cudem wylądowałam w jego ramionach. Objęłam dłonią jego policzek i nim się postrzegłam, musnęłam jego usta swoimi. Gdy chłopak przezwyciężył zaskoczenie, pogłębił pocałunek. Było o wiele lepiej niż w moim śnie. Ciepło jego warg rozgrzało mnie całkowicie. Ten pocałunek był moim prywatnym szczęściem. Wielką nagrodą na loterii. Jego język musnął moje wargi, domagając się zaproszenia. Chociaż go nie potrzebował. Czułam każdy jego dotyk z podwójną mocą. Wszystko co było z nim związane, odczuwałam o wiele mocniej niż powinnam. Może to dla tego, że tak bardzo go pragnęłam?
Musieliśmy się w końcu oderwać od siebie, gdy obojgu nam zabrakło tchu. Nawet nie zauważyłam, że już stałam na nogach. Jacckson dotknął dłonią mój policzek i oparł swoje czoło o moje. Jego ciepły oddech muskał moją twarz.
- No...- zaczęłam, nie wiedząc co w ogóle powiedzieć. Chłopak delikatnie musnął moje usta.
- Dobranoc. Moja piękna, Cass- wyszeptał, ponownie mnie całując. Rzucił mi szelmowski uśmiech i udał się w stronę auta.
Weszłam do domu, z w mojej głowie wciąż bębniło jedno słowo. Moja... Tak, byłam jego.


                Głośno krzyknęłam, po czym usiadłam na łóżku. Ciężko dysząc, próbowałam się jakoś uspokoić. Serce omal nie wybiło własnej ścieżki, uciekając z mojej piersi. Znowu miałam ten koszmar. Ten sam sen, który męczył mnie w jeden jedyny dzień w roku.
- Wszystkiego najlepszego!- krzyknął Tim, wpadając z kotem do mojego pokoju. Rzucił się na mnie, aby po chwili tuląc się do mojego ciała. Odwzajemniłam uścisk i uśmiechnęłam się, dziękując mu za życzenia. Chłopczyk oderwał się ode mnie i pociągnął mnie za rękę, abym poszła za nim. Tim co roku zaskakiwał mnie, swoimi pomysłami. Bałam się co tym razem wymyślił, po zeszłorocznej niespodziance, gdy sprawił Panią Percy dla swojego kota, który teoretycznie był mój. Powoli i niepewnie szłam za nim, analizując najczarniejsze scenariusze.
- Namalowałem ci obrazek- posłał mi szeroki uśmiech, a w jego oczach także widniała radość. Powiodłam wzrokiem na ścianę, na którą patrzył. Na szarym tle, tuż przy drzwiach, widniał WIELKI czerwony dinozaur. Naprawdę. Był wielki.
Zaśmiałam się i uściskałam malucha. Teraz nie było tu pusto i pochmurnie. Mój pokój nabierał swojego charakteru, a na jednym rysunku na pewno się nie zatrzyma. Timmy pewnie już opracował plan, jak udekorować i rozpromienić to szarobure pomieszczenie. W kuchni jak zwykle czekała na mnie ciotka. Przygotowała dla mnie przepyszne naleśniki z bananem, polane czekoladą. Jedynie Scarlett uwielbiała prezenty od niej. Zwykle ograniczała się do bonów podarunkowych, jakieś zniżki w salonie kosmetycznym, a tym razem.... Tym razem zapewniła mi cały dzień w spa, z dowolną, wybraną przeze mnie, osobą. Mieliśmy do dyspozycji kilka pełnych pakietów. Mogłam dać sobie uciąć rękę, że Letty będzie wniebowzięta tym prezentem.
            Zabrałam się z Mary do szkoły. Ledwo zdążyłam wysiąść z samochodu, Scarlett rzuciła się na mnie, powalając na trawnik. Usłyszałam jeszcze śmiech ciotki, nim pojechała do pracy. 
- Letty, puść mnie!- jęknęłam, próbując się wydostać z jej zabójczego uścisku. 
- Najpierw powiedz, co dla mnie masz- zaśmiała się, siadając na mnie.
- Scarlett, to są moje urodziny, więc chyba ty powinnaś mieć coś dla mnie- dziewczyna wybuchła śmiechem.- No dobra. Ty i ja ten weekend spędzamy w spa.
W odpowiedz, pisnęła mi prosto do ucha.- Teraz moja kolej!- zrzuciłam ją z siebie, po czym obydwie usiadłyśmy na trawniku.- Pamiętasz Azz'a z imprezy u Jamesa?  No więc... my jesteśmy razem!
- Ale przecież ty go wcale nie znasz! I co ma wspólnego z tym mój prezent?
- Oj, Cass. Trochę skromności. Jesteś bardzo zachłanna, wiesz?- w odpowiedzi wyszczerzyłam zęby.- No więc, wracając do mojego chłopaka... I tak w ogóle to zdążyłam już go trochę poznać... Pracuje w studiu i... brawa dla mnie! Załatwiłam ci darmowe zrobienie tatuażu! Co ty na to? Wiem jak bardzo chciałaś go sobie zrobić, więc rozmawiałam też z Mary i nie uwierzysz, zgodziła się! Możemy jechać w przyszłym tygodniu, jeśli chcesz.
- Dziękuje!- pisnęłam i tym razem to ja miażdżyłam ją w uścisku. Dziewczyna poklepała mnie po plecach, chcąc dać mi do zrozumienia, że już wystarczy. Wypuściłam ją, a ona oparła dłonie na biodrach, ciężko oddychając, udawała, że sprawiłam jej jakąś krzywdę. 
- Elfik!- krzyknął kruczowłosy. Poczułam się dziwnie, wiedząc, że zaraz miałabym się z nim spotkać. Chwyciłam moją przyjaciółkę za rękę i poszłam w stronę szkoły, gdzie zaraz miały się zacząć zajęcia. Udało mi się dotrzeć do klasy, zanim dorwał mnie ten dupek.  
Cały dzień próbowałam unikać Jamesa. Może i nawet dlatego, że tak bardzo ośmieszyłam się na jego imprezie? O ile zbytnio się nie upił, aby to zapomnieć... Ale wątpię, żeby mógł ot tak usunąć to ze swojej pamięci. Wyraz jego twarzy, wskazywał na to, że rzeczywiście się o mnie martwił. No i to co wtedy zobaczyłam... Próbowałam, ale tym razem nic nie dostrzegłam, patrząc na chłopaków. Ani Jackson, ani James nie mieli żadnych oznak, że są tacy jak ja. No nie do końca tacy, gdyż ja nie miałam żadnych skrzydeł na plecach, tylko mieniącą się skórę. 
- Witaj, moja piękna- szepnął mi do ucha aksamitny głos, przez co lekko się wystraszyłam. Odwróciłam się i dostrzegłam uśmiechniętego Jacksona, trzymającego w rękach bukiet długich, czerwonych róż.- Wszystkiego najlepszego- podał mi kwiaty, a na moich ustach złożył namiętny pocałunek. Byłam pewna, że nasz piątkowy pocałunek, był tylko jego jednorazowym wyskokiem. W końcu on był wielką gwiazdą lacrosse, a ja... nikim. Owszem, kontaktował się w weekend ze mną, ale dopiero dzisiaj mieliśmy się spotkać, po jego powrocie. W jego wiadomościach, zawsze pojawiały się jakieś czułe słówka. Nawet wyznał mi, że wolał być teraz ze mną, niż wybrać się na jakiś bankiet, gdzie zaproszono jego ojca. - Cały dzień cie szukałem- wyznał.
No tak... Może i nawet trochę mu utrudniłam to zadanie, chowając się przed James'em.
- Przepraszam... Miałam kilka spraw do załatwienia.
- No cóż, nie mam zbyt dużo czasu. Zaraz mam trening, ale musiałem Cię zobaczyć- chłopak przyciągnął mnie do siebie i jeszcze raz namiętnie pocałował. Nagle moje nogi zrobiły się strasznie wiotkie, więc chwyciłam się jego ramion, aby nie upaść. Ten tylko się szeroko uśmiechnął.
- Zobaczymy się później?- zapytał. Oderwałam wzrok od jego ust i spojrzałam mu prosto w oczy. Widziałam w nich pożądanie. 
- Może wpadniesz do mnie wieczorem? - zaproponowałam.
- Wpadnę po ciebie wieczorem- powiedział, nie zdradzając mi dalszych planów. Miała to być niespodzianka. Pożegnał się ze mną i ruszył w stronę sali. Zabrałam kwiaty i udałam się pieszo do domu, chcąc przemyśleć kilka spraw.

           Ten dzień musiałam spędzić według własnych norm. Żadne prezenty, czy też miłe słówka nie były jego częścią. Nie cierpiałam tego, ale uwielbiałam, gdy oni cieszyli się, składając mi życzenia. Jeśli to miało ich uszczęśliwić, to nie miałam nic przeciwko temu. Mogłam, z udawanym spokojem, to przetrwać. Urodziny... tak w zasadzie co jest w nich szczególnego? Z roku na rok stajemy się starsi, a wraz z tym, zmniejszamy czas do naszej ostatecznej wędrówki. Do śmierci. Więc co takiego jest w nich dobrego? To, że świętujemy dzień własnych narodzin? Dla większości jest to początek. Tak, jak i dla mnie, ale jest to też początek końca. Jeden dzień, który co roku przypomina mi o tragedii, jaką przeżyłam kilka lat temu. Więc jak mam się cieszyć, gdy w każde moje urodziny, przeżywam ten sam koszmar? Wciąż na nowo tonę. Dławię się wodą i widzę jak moi rodzice odchodzą... Tylko, że ja wtedy nie umarłam. Nie odeszłam wraz z nimi, chociaż powinnam. Ja wciąż żyję, co przecież powinno być niemożliwe. I chociaż moje sny próbują mi przypomnieć, że nie powinnam tu być, żyć wśród śmiertelników... ja tu jestem. Zastanawiając się, dlaczego...
- Cass- usłyszałam szept znienawidzonego przeze mnie chłopaka. Cały dzień próbowałam go unikać. I prawie mi się to udało. To było ostatnie miejsce, gdzie spodziewałam się go. Central park był sporej wielkości, a tu, ukryta wśród drzew, daleko od ścieżki dla pieszych, nie spodziewałam się nikogo. - Dlaczego płaczesz?
Dotknęłam dłonią swojego policzka. Nie zdawałam sobie sprawy, że płacze. Tak dawno tego nie robiłam... Myślałam nawet, że zapomniałam jak to się robi. 
- Nie twój interes- warknęłam i starłam jakiekolwiek oznaki mojej słabości. Otrzepałam się z ziemi i, zebrawszy moje rzeczy, próbowałam go wyminąć. Jednak chłopak złapał mnie i odwrócił  tak, abym mogła spojrzeć w jego oczy. Świetnie. Teraz były niebieskie. 
- Co się dzieje?- zapytał troskliwym głosem. Miałam wrażenie, że mu naprawdę na mnie zależy. Ale czemu?
- Czego ty ode mnie chcesz? - nie ukrywałam złości. 
- Cass...- odgarnął mi niebieski kosmyk z twarzy, zakładając go za ucho.- Nie jesteśmy w szkole. Nikt nas nie widzi, ani nie słyszy. Nie musisz udawać, że jesteś taka twarda, jak wszyscy myślą. Wiem, że pod tą powłoką kryje się delikatna dziewczynka, którą skutecznie próbujesz stłamsić. Możesz mi powiedzieć co cię tak martwi? Masz przecież urodziny... Nie można smucić się w swoje urodziny.
- Urodziny- prychnęłam.- Co jest w nich takiego wyjątkowego? Zwykły pieprzony dzień. Więc dlaczego nie mogę w taki dzień płakać? Po co mam udawać, że wszystko jest w porządku, skoro tak nie jest i nigdy nie było?- wyrwałam mu się i zaczęłam biec w stronę wyjścia z parku. Jednak nim nawet dotarłam do ścieżki, James dogonił mnie. Ku mojemu zdziwieniu, złapał mnie i po prostu przytulił. Nie wiem czemu to zrobiłam, ale po prostu rozkleiłam się jak dziecko. Wszystkie emocje w końcu wypłynęły ze mnie, roztrzaskując maskę, którą zawsze zakładałam na siebie. Ukrywałam się, udając kogoś innego. W ten sposób nie chciałam, aby mnie ktoś zranił. Z czasem nauczyłam się, że to dobra metoda. Ale konsekwencje były bolesne. Przeprowadzając się tutaj, zaufałam komuś. Zwierzyłam się ze swojej tajemnicy i nie zawiodłam się. Ale gdyby teraz Letty odwróciła się przeciwko mnie, nie wiem czy dałabym radę to przeżyć. 
- Wiem, że marnie zaczęliśmy, ale obiecuję, że możesz mi zaufać. Możesz mi opowiedzieć co ci leży na sercu, a ja nikomu nic nie zdradzę. A ty musisz obiecać, że nie wspomnisz nikomu, że wyszedłem ze swojej roli aroganckiego dupka. 
Zaśmiałam się przez łzy. Wcześniej nie zauważyłam tego, ale teraz to wyczułam. To było ta sama przyjazna energia, którą wyczuła u tego nieznajomego przed moim domem. Który regularnie o piątej pojawiał się na ulicy i wpatrywał się we mnie, gdy spoglądałam na niego z okna. Ale James nie był nim. Nie był moim prześladowcom. Więc mogłam mu zaufać i właśnie zamierzałam to zrobić. 
Obydwoje zajęliśmy miejsce przy brzegu małego stawu. Pozwoliłam mu się objąć, czym dodał mi otuchy.
- Gdy miałam cztery latka uczestniczyłam w wypadku- zaczęłam, czując jak moja dolna warga zaczyna się trząść.- Spałam, a gdy się obudziłam nasze auto wylądowało w jeziorze. Płakałam i wołałam moich rodziców, ale oni byli nieprzytomni. Auto powoli całkowicie się zanurzało, a my nie mogliśmy się wydostać. Ciągnęłam za pas, ale on nie chciał puścić. To było moje małe więzienie. Walczyłam, ale od początku byłam na straconej pozycji. Czułam jak do moich płuc napływa coraz więcej wody. Zamknęłam oczy i po prostu odpłynęłam. - Nawet siedząc obok wody, czułam ten sam ból, jak tamtej nocy. Wzięłam głęboki wdech, próbując się uspokoić.- Lekarze mówili, że po obudzeniu wołałam jakiegoś mężczyznę, który mnie uratował. Zaniósł mnie do szpitala, ale nikt nie widział jego twarzy. Mówili, że nazwałam go anioł, ale ja tego nie pamiętam. Jedynie to, co działo się przed wypadkiem i to, gdy obudziłam się po tygodniowej śpiączce. Ciotka siedziała obok mnie, nie opuszczając swojego miejsca przez kilka dni. Pilnowała mojego oddechu, gdy na początku przeżyłam dwie śmierci kliniczne. Siedziała i mnie obserwowała, ale ja nie znałam tej kobiety. Nigdy jej nie widziałam, chociaż moja mama wspomniała kiedyś, że ma siostrę. Porzuciła wszystko, aby się mną zająć. 
- Ale nie to cię martwi- powiedział chłopak, gdy zbyt długo milczałam.- Ten wypadek... obwiniasz się za niego?
- Właśnie skończyłam cztery lata i marudziłam im, żeby zawieźli mnie do stadniny na kucyki. Prosiłam, aż w końcu ulegli i zgodzili się mnie zawieźć. Gdyby nie ja, nie bylibyśmy wtedy tam. To była wyłącznie moja wina, że się tam znaleźliśmy.
Co roku siadałam przed jakimś stawem, czy jeziorem, przypominając sobie ten cały dzień. Musiałam samotnie i w spokoju przemyśleć to wszystko na nowo. Chociaż może nie powinnam robić tego sama, bo teraz, gdy opowiedziałam o tym James'owi, czułam ulgę. 
- Nie powinnaś się obwiniać. To nie była twoja wina- ręką pogładził moje plecy.- Cass, nie powinnaś pozwolić żeby przeszłość wciąż cię dręczyła. Owszem, to dzięki niej jesteśmy tym kim jesteśmy. Przykro mi, że spotkało cię takie nieszczęście, chociaż na nie nie zasługujesz. Musisz w końcu iść dalej i przestać udawać. 
Zaśmiałam się bez krzty wesołości. 
- I pozwolić takim dupkom jak ty się ranić? Nie dziękuje. Wolę już sama palić się w swoim ogniu, niż dorzucać do niego drewna- wyswobodziłam się z jego uścisku. 
Popatrzył na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, jakby błagał abym nie odchodziła. Tym spojrzeniem prosił mnie, ale również pragnął mi coś powiedzieć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że już kiedyś widziałam te oczy. Nie wiedziałam, jakim cudem jego aura zawsze była zielona, albo w ogóle jej nie było, ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Może właśnie dzięki barwie jego tęczówek mogłam odczytywać jego nastrój?
- Cass... muszę ci coś powiedzieć- zaczął, ale ja natychmiast mu przerwałam.
- Nie, James. To co się stało, było zwykłą chwilą słabości. Nie jestem taka, jak myślisz. Oprócz Letty, nikt nie wie co się wtedy stało, więc mam tylko jedną prośbę. Albo zachowasz te informacje dla siebie, albo o nich zapomnisz. Nie zamierzam traktować cię inaczej niż przedtem. Nadal cię nie lubię i nie będę tego ukrywać. 
- Cass, posłuchaj... Wiem, za kogo mnie uważasz, ale może pomyślałaś, że tak jak ty, ja również udaję kogoś innego?
Chłopak stanął przede mną. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Wiedziałam, że zapragnęłabym tu zostać i dalej z nim gawędzić, ale, jak sam powiedział, życie toczy się dalej. Chciałam zapomnieć o wypadku. O tym, kim jestem i co potrafię. Ale jak miałabym to zrobić, skoro na każdym kroku przeszłość dawała o sobie znaki?
Zamiast spojrzeć na niego, popatrzyłam na cień, migoczący tuż za nim. Przez chwilę myślałam, że moja skrzydlana teoria rzeczywiście istniała, ale wiedziałam, że to niemożliwe.
- Chciałem pogadać z tobą, na temat imprezy...- miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Właśnie otworzyłam się przed kimś, komu nawet nie powinnam powiedzieć jaką kawę codziennie piję. Albo, że w nocy tulę się do Percy'ego, jakby była to ostatnia rzecz, jaką miałam zrobić przed śmiercią, a on olał to. Ale tak szczerze. Na co w ogóle miałabym liczyć? On był zwykłym dupkiem, przed którym musiałam znowu założyć swoją maskę.- Pamiętasz coś z tamtej nocy?
- Niestety- bąknęłam.- Ale moglibyśmy o niej zapomnieć?
- Nie, Cass. Musisz mi opowiedzieć co dokładnie widziałaś. 


***

Jak miło wejść na bloga i zobaczyć wiadomość, iż ktoś nie może doczekać się kolejnego rozdziału <3
No więc... Z następnym będzie szybciej ( a przynajmniej mam taką nadzieję).
Co mogę jeszcze powiedzieć? Kończą się wakacje i zaczyna się ciężka praca! Ta... mnie też te słowa strasznie podtrzymują na duchu. Jedynie mam nadzieję, że ten rok będzie o wiele lepszy niż poprzedni. No i może w końcu spełnię swoją obietnicę, że tym razem wezmę się za naukę? Hm... mam taką nadzieję ;*
Miłej końcówki wakacji!
A i zaraz zabieram się za nadrabianie u Was rozdziałów!
Pozdrawiam ;*
Seo






Korekta  pinkieee heaart