sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 1 " Koniec zawsze jest początkiem"


                                                                            ***

 Wakacje minęły szybko. Zdecydowanie za szybko, patrząc, że znowu zawitam w tej obskurnej szkole. No dobra, bez przesady. Szkoła Barleya jest naprawdę świetna, Jedna z niewielu, które mi się podobały. Sam wygląd budynku zachęcał, jednak w głębi duszy wiedziałam, że to nie miejsce dla mnie. Dla takiego potępieńca jak ja. W moim krótkim życiu, zaliczyłam więcej szkół, niż mogłabym zapamiętać. Zapewne jeszcze kilka dopiszę tej listy. Zwykle w jednym miejscu zostajemy najdłużej pół roku, tak jak w tym przypadku. Chociaż tym razem ciotka obiecała, że koniec z przeprowadzkami. Ale czy można było jej wierzyć, skoro powiedziała tak tuż przed kolejnym wyjazdem? Czasami miałam nawet wrażenie, że uciekamy. Nie wiem przed kim, ale nasz wyjazd był spontaniczny. Wyprowadzaliśmy się w ten sam dzień, albo tuż o świcie.
 Tym razem było inaczej. Wprawdzie, nie byłam tu zbyt długo, czułam, że tu jest mój dom. Moje miejsce, gdzie w końcu mogłabym się zadomowić. Do szkoły dołączyłam w połowie drugiego semestru, i już wtedy czułam, że będzie dobrze. Pierwszy raz nawet dopuściłam kogoś bliżej siebie. Poznałam wielu nowych znajomych i większości z nich bardzo polubiłam. Zaufałam im.
Trudno to wytłumaczyć, ale to było moje miejsce. Wszystko, ale nie ta szkoła. Emanowała dziwną energią i za każdym razem, kiedy przekraczałam próg tego budynku, cała energia mnie opuszczała. Byłam samotna i przerażona.
- Cassie! Spóźnisz się do szkoły!- Krzyknęła zniecierpliwiona Mary. Od razu chwyciłam swoją torbę i zbiegłam po schodach do kuchni. Jak zwykle zastałam ją przed laptopem. W dłoniach trzymała kubek ciepłej kawy. Dmuchnęła w niego, pozbywając się na krótką chwilę pary. Jej zmęczony wzrok powędrował na mnie, a ja już wiedziałam, że zaraz mi się zbierze. Znowu.
- Miałaś zmyć ten kolor- warknęła zła. Jej aura zmieniła się z fioletowej na czerwoną. Była wściekła.
- Z niebieskim mi do twarzy- mruknęłam od niechcenia. Codziennie musiałyśmy powtarzać ten schemat. Zamiast miłego " Dzień dobry! Jak się spało?", słyszałam " Jutro idziemy do fryzjera!" albo " To nie kolor dla nastolatki". Gorzej było, gdy schodziliśmy na temat mojego zachowania. Szczególnie dziwactwa, nazwanym przez nią wybujałą wyobraźnią.
- Przesunęłam twoją wizytę u doktor Palmera na siedemnastą. Mogłabyś w międzyczasie wstąpić do fryzjera...- zaczęło się.
- Ciociu- przerwałam kategorycznie, mając już dość wysłuchiwania jej smętków.- Już to omawialiśmy. To są moje włosy i mam prawo zrobić z nimi co będę chciała.
- Dopiszę to do listy dla doktora. Może jemu uda się to wybić tobie z głowy- jej aura znowu zmieniła się na fioletowo- uspokoiła się.
Ach tak! Mój kochany „świrolog”! Tuż po ich śmierci, zaczęła się moja terapia. No cóż, z każdą przeprowadzką, zmieniali się moi terapeuci. Dla mnie nie było to konieczne, ale ciotka się uparła, że to dla mojego dobra. No może na początku, gdyż trudno mi było pogodzić się z ich śmiercią, ale szybko się pozbierałam, bo prawda jest taka, że ludzie cały czas przychodzą i odchodzą. Rodzą się i umierają. Ja na szczęście miałam jeszcze Mary, która się mną zajęła, ale inni nie mieli nikogo, więc nie miałam powodu na rozczulanie się nad sobą. A moja dalsza terapia... była spowodowana „samotnymi rozmowami”, jak to mawiała ciotka. Wcześniej często popełniałam ten błąd i nie zdawałam sobie sprawy, że ktoś podsłuchuje. Ale prawda była taka, że nie rozmawiałam sama ze sobą... tylko z Timmim. Najczęściej, a on, no cóż. Był martwy.
Właśnie. To chyba najważniejsze, jeśli chodzi o mnie. Potrafię rozmawiać z duchami, widzieć ich i nawet czasem poczuć. Znaczy oni mnie czują, ja ich niestety nie. No i to był główny powód moich spotkań z doktor Palmer. Wcześniej w mojej karcie widniały dopiski o tym, a ja zbyt późno zrozumiałam, że to nie ma sensu. Nie przetłumaczę komuś, kto nie wierzy w istnienie duchów, ani to, że jeden z nich stoi właśnie za nim. Przez to zwiększyli mi dawki leków, a mój umysł i ciało, ledwo funkcjonowało. Dlatego też skończyłam z tym. Zaprzeczyłam moim umiejętnością widzenia zmarłych, czy wyczuwania nastrojów żyjących ludzi.
 Sięgnęłam po kanapki, które przygotowała mi na śniadanie i zerknęłam na telefon. Dostałam kilka wiadomości od Scarlett. Jedna z nich mówiła o tym, że przyjedzie po mnie za dziesięć minut. Gdy z powrotem uniosłam wzrok, dostrzegłam małego chłopczyka, przypatrującemu się mojej ciotce. Mierzył ją dziwnym spojrzeniem, a gdy dostrzegł, że zwróciłam na niego uwagę, uśmiechnął się.
- Twoja ciotka jest dziwna- powiedział do mnie.
- Wiem- odparłam bezdźwięcznie, odwzajemniając jego słodki uśmiech. Chłopczyk rozsiadł się na wolnym miejscu tuż między nami i zaczął stroić do niej dziwne miny. W końcu nie wytrzymałam i zachichotałam.
- Co cie tak bawi?- Mruknęła zdegustowana kobieta, nie zauważając naszego przybysza. Wprawdzie tylko ja go widziałam bo był... martwy.- Znowu mamy jakiś nieproszonych gości? Doktor Palmer mówił, że robisz postępy...
- Tak, to nic takiego- odparłam niemal od razu.- Piszę z Letty- rzuciłam drobnym kłamstwem.
- Czemu mnie ona nie widzi?- Posmutniał chłopczyk.- Przecież ty mnie widzisz i możesz ze mną rozmawiać...

- Zaraz wracam!- Rzuciłam przez ramię, udając się do swojego pokoju. Mijając hol, dostrzegłam, że ciotka wywiesiła nasze wspólne zdjęcia. Biała ramka idealnie kontrastowała z szarymi fotografiami. Nie zatrzymałam się, aby im się przyjrzeć. To wzbudziło by za wiele wspomnień, które po czasie okazały by się zbyt bolesne.
 Blondynek poszedł za mną, wiedząc, że zaraz dostanie naganne za swoje zachowanie. Zaraz po jego wejściu zamknęłam drzwi od swojego pokoju. Wzdrygnął się, słysząc ich trzask.
- Timmy- westchnęłam.- Ile razy mam ci mówić, żebyś nie pojawiał się przy Mary? Wiesz, że już przez ciebie dopisała mi dodatkową wizytę u psychologa!
- Przepraszam- szepnął, a mi zrobiło się go momentalnie żal. Ja na jego miejscu też bym na to nie zważała. Skoro istnieje jedna osoba, która mogłaby mnie widzieć, to czy bym potrafiła zostawić ją w spokoju?- Ja lubię być przy tobie. Wtedy nie czuję się taki... sam.
Chłopczyk pokręcił główką, aby się nie rozpłakać. Jego blond loczki zatańczyły na drobnej główce. Był jeszcze mały i wiem, że tęsknił za swoimi rodzicami. Chociaż ja na jego miejscu nawiedzałabym ich za to co mi zrobili. Jak mogli nie przypilnować sześciolatka? Byli sami nad jeziorem! Oczywiście ci idioci urządzili sobie małą imprezkę i nikt nie raczył przypilnować dziecka, które próbowało złapać rybkę. W końcu wszedł za daleko do jeziora i się utopił... Nie powiedział mi tego, ale gdy dotknę ducha, mogę zobaczyć jego śmierć. Nie zawsze, bo nie jest to nic przyjemnego, ale dla niego zrobiłam wyjątek.
- Wiem, Tim. Ale wiedz też, że mam swoje życie. Nie możesz cały czas ingerować w nie. W końcu ludzie się domyślą. Znowu. I będę miała problemy. A tego chyba byśmy nie chcieli, prawda?
- Prawda. Przepraszam- powtórzył.
- Nic się nie stało- przytuliłam chłopca, choć tak naprawdę nie czułam jego dotyku. Jako zwykła dusza nie miał ciała. Jedynie on mógł się zadowolić tym drobnym gestem, skierowanym z mojej strony.
- O której wrócisz?
- Będę wieczorem- zapewniłam, po czym wyszłam z pokoju, zostawiając go samego. Mój spokój jednak nie trwał długo.
- Dlaczego nie pomalujesz tego pokoju? W końcu chyba możesz- wzruszył ramionami, biegnąc za mną.- Ja na twoim miejscu pomalowałbym go na zielono... z dinozaurami! Ten szary jest za smutny dla ciebie.
- Lubię szary- mruknęłam cicho, aby nikt mnie nie usłyszał. Oprócz Tima, oczywiście.
- Ale on jest nudny!- Zaprzeczył.- Nie mogłabyś chociaż kupić tam coś fajnego? Ostatnio widziałem takie fajne autka...
- Słuchaj, Tim. Ja lubię ten kolor. Nie będę niczego zmieniać, bo zapewne znowu gdzieś się wyprowadzimy, więc nie mam zamiaru znowu przez to przechodzić. Wolę, żeby było tak pusto jak teraz.
Duch w końcu sobie odpuścił ten bezsensowny dialog. Wiedział, że i tak ze mną nie wygra.
W kuchni ciotka już zaczęła się zbierać do pracy. Poprawiła swoje krótkie brąz włosy, a na usta nałożyła krwisto czerwoną szminkę. Ciotka Mary zawsze była drobną brunetką. Jej elegancki styl dodawał jej kilka lat, przez co nie wyglądała tak dziecinnie. Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam ją w jakimś innym stroju niż sukienki czy też garsonki. Próbowała dobrze spełniać rolę opiekunki, ale powoli była zmęczona tą sytuacją. Dodatkowe wykonywane zadania w pracy, miały na celu zapewnić nam wszystko czego potrzebowałyśmy. Ale po prostu ją to przytłaczało. Może męczyło? Czasami słyszałam jej narzekań. Owszem, nie robiłam tego często, ale po prostu nie miałam innego wyjścia. Zależało mi na niej i musiałam pomóc. Przynajmniej się starałam.
Po kuchni rozchodził się jej szept. Choć tak naprawdę nie wypowiedziała żadnego słowa. Znowu podsłuchiwałam jej myśli, które kłębiły się na temat jakiegoś rachunku bankowego z pracy. Coś się nie zgadzało, a ona musiał to naprawić.
- Masz tu pieniądze na lunch- ciotka podała mi kilka banknotów, które od razu schowałam do kieszeni. Przerzuciłam torbę przez ramię i skierowałam się do lodówki, z której wyciągnęłam małą butelkę soku pomarańczowego. - Kup sobie też coś na kolację!- Krzyknęła za mną, gdy wychodziłam z domu. Srebrny mustang już stał na chodniku, czekając na moje przybycie. Zajęłam miejsce tuż obok kierowcy. Jak zwykle zostałam ciepło przywitana przez moją przyjaciółkę Scarlett. Wysoka blondynka z kolorowymi pasemkami, zawsze uśmiechnięta, tym razem siedziała zamyślona. Ją także coś męczyło, ale bardziej poznawałam to przez jej aurę. Znowu zmieniła się na zieloną, którą do dziś nie rozszyfrowałam. Zielony był... inny. Czasami miałam wrażenie, że to coś pomiędzy szczęściem, a nieszczęściem. Taka granica czegoś, czego jeszcze nie poznałam. To zjawisko rzadko spotykane i do dziś dostrzegłam to tylko w zaledwie pięciu osobach. Prawie sześciu, bo widząc swojego starego przyjaciela, pierwszej osobie, której zaufałam, aura zmieniała się na zieloną. Trochę dziwne, bo chłopak jakby dostał olśnienia. Spojrzał na ducha stojącego obok mnie, który powinien być niewidoczny dla niego i wszystko się cofnęło. Jego aura zbladła.
- Wszystko w porządku?- Zapytałam ją. Usłyszawszy mój głos, aura od razu zmieniła się na fioletowy.
- Jasne- uśmiechnęła się. Przeczesała swoje blond włosy z pasemkami, a bransoletki na jej dłoni zabrzęczały. Zawsze nosiła ich dużo. Czasami ze względu na to, że ładnie wyglądały, czy też pasowały do jej stroju, ale głównie dlatego, że chciała zasłonić swoje blizny, które były błędem przeszłości. Rozumiałam ją. Czuła się odrzucona i nieakceptowana przez rówieśników. Ja też tak się czułam, gdy ludzie dowiadywali się o moim dziwactwie. Fakt, że potrafię widzieć duchy był straszny. Dlatego nikt oprócz Scarlett nie wiedział o tym, że rozpoznaję ludzkie aury, albo, że potrafię czytać w ludzkim umyśle. Oczywiście trzymałam się z daleka od jej myśli, ale czasami trudno było to powstrzymywać. Potrafiłam zablokować dwa, z trudem trzy umysły, ale w miejscu publicznym, takim jak szkoła, gdzie nachodził mnie nawał rozmów, ciężko było się skupić na niej. - Nie uwierzysz czego się dowiedziałam!- Pisnęła radośnie. Moja przyjaciółka wróciła do poprzedniej formy. - Dzisiaj dołączy do nas nowy uczeń! Jest Anglikiem. O mój boże... Myślisz, że jest ładny? Przydałby się jakiś nowy przystojniak w tej dziurze.
- Letty, przesadzasz. Mam nadzieję, że nie naskoczysz na niego... Daj mu parę dni wolności, żeby się zaaklimatyzował, a dopiero potem przeprowadzisz z nim wywiad.
- Ha ha ha...- prychnęła.- Wypominasz mi nasze spotkanie? Nie moja wina, że byłaś taka ciekawa od samego początku. A z tego co pamiętam, to ty wybaczyłaś mi ten atak.
- Nawet było miło...- mruknęłam.
- No widzisz. Więc teraz nie marudź. Wiesz, że muszę go poznać! Może też skrywa jakąś tajemnice? Dwa takie przypadki w jednym roku, uwierzysz?!
Całą drogę musiałam wysłuchiwać, jak według niej wyglądałby idealny facet. No i jak ma wyglądać nowy uczeń. Nawet stojąc w kolejce w Starbrucks'u, nadawała jak katarynka. Przez co, spóźniłyśmy się na lekcje. Znowu.

 Cała obładowana książkami, sterczałam przed szafką, próbując wyciągnąć odpowiednie podręczniki. Byłoby to o wiele łatwiej, gdybym zamiast mojego wzroku, umożliwiającego widzenie duchów, posiadała telekinezą. Nie musiałabym żadnego problemu z trzymaniem tylu przedmiotów naraz. Po wielkim trudzie udało mi się wydostać mój podręcznik do matematyki. Wiedziałam, że czeka mnie ostra jatka. Szczególnie, że minęło już pięć minut, odkąd Marshal rozpoczął lekcje.
Trzasnęłam drzwiczkami i odwróciłam się, przywalając w kogoś. Moja ulubiona kawa wylała się na moją bluzkę. Zaklęłam siarczyście. Lepiej już być nie może. Mleczny napój spływał po materiale, jak i skórze. Potrząsnęłam dłonią, aby pozbyć się ściekającej kofeiny.
- Świetnie- mruknęłam wkurzona. W odpowiedzi usłyszałam męski chichot. Spojrzałam wściekła na swojego oprawcę. Młody chłopak z nieskazitelnie jasną cerą i burzą czarnych włosów. Bujne rzęsy okalały jego hipnotyzujące, złociste oczy. Oczywiście ubrany także był na czarno. Przez materiał podkoszulka widziałam jego wyrzeźbioną sylwetkę. Z trudem powstrzymałam się od dotknięcia mięśni, jakie rysowały się na jego brzuchu.
- Bardzo śmieszne- rzuciłam zdenerwowana, kierując się do damskiej łazienki. Niestety, wodą nie dało się tego zmyć. Musiałam ściągnąć koszulę, zostając w samej podkoszulce, która na szczęście, nie była ubrudzona. Tylko moja koszula została zniszczona. Zwinęłam ją i wrzuciłam do torebki. A zapowiadał się tak piękny dzień... Teraz musiałam się pożegnać ze swoją ulubioną koszulką i kawą. Mam nadzieję, że to koniec porażek ja dzisiaj.
Wychodząc z łazienki, znowu spojrzałam na zegarek i uświadomiłam sobie, że jestem już ponad dziesięć minut spóźniona na zajęcia. Mogłam się już szykować na herbatkę u dyrektorki.
- Au!- Syknął ktoś, oberwawszy drzwiami, które przed chwilą otworzyłam. No świetnie! Lepiej już być nie może!
- Prze...- zaczęłam, jednak szybko zorientowałam się, że chłopak, który właśnie pocierał dłonią swój nos, to ten sam facet, przez którą zniszczyłam swoją bluzkę.- Ty!- syknęłam.- Znowu ty!
- Tak, to ja- posłał mi ciepły uśmiech, nieco zbyt sztuczny. Poprzedni urok po prostu minął. Teraz wydawał mi się tylko bezczelnym gnojkiem.
- Czego chcesz?- Nie zważając na jakiekolwiek poczynania chłopaka, ruszyłam w stronę klasy, modląc się, że jednak Marshal będzie dzisiaj łaskawy i odpuści mi to drobne spóźnienie.
- A nie mogłabyś być o drobinę milsza?- Znowu miałam wrażenie, że w jego głosie słyszę nutkę kpiny. Skoro tak chce się bawić...
- Wybacz mi proszę moje bezczelne zachowanie- ukłoniłam się lekko, dodając dramaturgi sceny.- Wszakże nie jestem godna twojej uwagi, dlatego też udam się do pomieszczenia, w którym może nauczą takiego wieśniaka, jak rozmawiać z arystokracją- moje słowa pełne były kpiny. Widziałam, że chłopak nieco zmieszany tą sytuacją, gapił się na mnie, gdy się oddalałam. Jeszcze tylko kilka drzwi i trafię pod odpowiednią salę...
- Jestem James- powiedział, doganiając mnie. Ludzie! Co mogłabym zrobić, aby się go pozbyć? Zignorowałam jego dłoń, wyciągniętą w moją stronę, udając, że grzebie w torebce, szukając nieistniejącego  przedmiotu. Mruknęłam przy tym jakieś przekleństwo pod nosem, aby wyglądało to bardziej realistycznie.
- Cassie!- Krzyknął chłopak, a ja momentalnie ocknęłam się.
- Skąd znasz moje imię?- James jedynie się uśmiechnął i podał mi mój podręcznik do matematyki. Oczywiście na pierwszej stronie jest napisane do kogo należy książka. Zirytowana, niemal wyrwałam mu podręcznik i otworzyłam drzwi od sali. Wszyscy już pilnie śledzili tekst w książkach, rozwiązując jakieś równania. Jeden nieszczęśnik stał przed tablicą. Widziałam jak jego dłoń trochę się trzęsie, a jego umysł wołał o pomoc. Profesor Marshal siedział, jak król, przed swoim biurkiem, czyszcząc okulary. Głowa miał lekko uniesioną do góry. Położył swoją szklaną przyjaciółkę na jakieś stercie książek, a dłońmi przeczesał resztki włosów na swojej głowie. Nie był aż tak stary... Mówiono, że zaledwie przekroczył czterdziestkę i to była prawda. Miał dokładnie czterdzieści trzy lata, jednak problemy w domu ze zdradzającą małżonką, a w ostatnim czasie doszła choroba matki. Nie dziwiłam się, że od problemów tak wygląda. Ja pewnie też straciłabym wszystkie włosy, wiedząc, że moja druga połówka tak naprawdę mnie nie kocha.
Marshal zawołał mnie gestem ręki, po czym sięgnął po okulary.
- Użyj delty- mruknęłam do chłopaka, który rozpromieniał na moich oczach. Po kilku sekundach skończył równanie, dumny ze swojego dzieła, a ja słyszałam jak dziękuje mi w myślach.
- Pani Grey...- westchnął nauczyciel.- Pierwszy tydzień w szkole i już spóźnienie?
- Przepraszam, ale...- zaczęłam, jednak nie dane mi było skończyć.
- To moja wina- odezwał się James, na co ja przewróciłam oczami. Za jakie grzechy muszę się z nim męczyć?!- Zgubiłem się, a Cassie była na tyle miła, że zaprowadziła mnie do sekretariatu, a potem do klasy- ciąg kłamstw bez problemu wydostał się z jego ust.
- James Campbell- mruknął od niechcenia profesor. Czarnowłosy przytaknął.- No cóż... To nie zmienia faktu, że się spóźniliście. Za karę przez tydzień będziecie zostawać po lekcjach i pomagać pani Stelee w bibliotece- powiedział zadowolony z siebie.- I co teraz powiesz, kochanie? Nadal jestem takim mięczakiem, za którego mnie uważasz?- Usłyszałam jego myśli. Chciałam się zaśmiać, jednak wiedziałam, że grozi to kolejną karą.- Zajmijcie miejsca- profesor machnął ręką, odprawiając nas. Usiadłam obok Letty, która uniosła pytająco jedną brew.
- Później- odparłam bezdźwięcznie.


 Lekcja potoczyła się już bez żadnego problemu. Nauczyciel nie zwracał na mnie żadnej uwagi- za co byłam mu bardzo wdzięczna. Zanim nas wypuścił z klasy, pomęczył jeszcze kilkoro uczniów, w tym Letty. Parę razy natknęłam się na wesołe spojrzenie Jamesa, które przyprawiało mnie o dreszczy.
- Teraz mi opowiesz, jak to było z James'em- powiedziała podekscytowana dziewczyna. Jak zwykle jadłyśmy razem lunch. Tym razem usiadłyśmy na dworze, ze względu na słoneczną pogodę. Otworzyłam plastikowe pudełko, w którym ukryta była sałatka. Sięgnęłam po kilka saszetek z sosem, a następnie polałam nim jedzenie.
- Zniszczył mi koszulę- mruknęłam, wgryzając się w zielone warzywo.- I kawę- dodałam po chwilowym namyśle.
- Widziałaś jakie z niego ciacho?- Krzyknęła, szturchając mnie w ramię. Podążyłam za jej wzrokiem. James stał oparty o ścianę. Skrzyżował ręce na piersi, słuchając opowieści jednej dziewczyny z clubu plastików. To chyba była Miranda, jeśli dobrze rozpoznałam tą sztuczną twarz. Miała więcej operacji plastycznych, niż ja potrafiłabym wymienić. Ciekawe czy twarz ją nie boli, od tego sztucznego uśmiechu? - Cassie! Mówię do ciebie!
- Przepraszam- bąknęłam zawstydzona.
- Nadal boli cię głowa?- Zapytała zatroskanym głosem. Musiałam być jej wdzięczna za to co robi. Jako jedyna znała mój sekret i traktowała poważnie. W przeciwieństwie do ciotki, nie wyśmiała mnie, ani nie wysłała do specjalisty.
- Już nie- powiedziałam, połykając jedną z tabletek, które przepisała mi doktor Palmer. Przynajmniej fiolka się zgadzała... Od dwóch lat nie przyjmuję żadnych lekarstw, które zaczęły rozwalać mi psychikę. Zawsze wyrzucałam przepisane tabletki i zastępowałam je jakimiś przeciwbólowymi. Te jako jedyne mi pomagały. - Co mówiłaś?
- Oprócz mojego wykładu na temat jego zajebiście wysportowanego ciała, pytałam jak się czujesz. Rozumiem, że musisz powoli przywyknąć do nadmiaru myśli, jakie na ciebie naskakują.
- W zasadzi... jest dobrze. Zresztą, po wakacjach wszyscy są zmęczeni i jakoś niezbyt myślą. Ale nie ma z czego się cieszyć. Za parę dni unormuje się to, a mój ból głowy nasili się.
- Widzisz jego aurę?- Wskazała palcem na Jamesa, popijając swoje ulubione mleko czekoladowe.
Skupiłam swoją moc na nim, choć wiedziałam, że może się nie udać. Stał za daleko.
- Jest... zielona- westchnęłam, dostrzegając cienki zarys falujących nitek wokół niego.
- Czyli...?
- Nie wiem, Letty. Nie mam dzisiaj do tego głowy. Na dodatek cały tydzień spędzę w bibliotece- westchnęłam.
- I co w tym złego? Cassie! Spędzasz tam więcej czasu niż jakikolwiek znany mi uczeń.
- Nie o to mi chodzi...- spojrzałam ponownie na James'a. Jego grono wielbicielek powiększyło się. Teraz stał otoczony dziewczynami z drużyny. No nic. Problem z głowy. Na pewno stanie się teraz jednym z gwiazdosi, dumnie przechadzającymi się po szkole. Chłopak był naprawdę ładny, więc nie dziwota, że szkolna elita złapała go w swoje sidła.
- James?- Zapytała niedowierzająco.- James będzie ci przeszkadzać? To o to ci chodzi?! Dziewczyno, czy ty się dobrze czujesz? Najseksowniejszy chłopak będzie pomagać ci przez tydzień w bibliotece, gdzie oprócz książek nikt wam nie przeszkodzi, a ty jeszcze narzekasz?
- Nie jest aż taki ładny...- burknęłam, choć sama w to nie wierzyłam. Letty także nie wzięła moje słowa na poważnie. Zrobiła swoją minę, mówiącą " O co ci znowu chodzi?" i wróciła do zajadania dziwnej potrawki z serem.
- Muszę pogadać z twoim lekarzem. Myślę, że dwie wizyty w tygodniu to zdecydowanie za mało.
Ostatni raz moje spojrzenie powędrowało na nowego ucznia. Dziwny dreszcz przeszedł przez moje ciało. Mój szósty zmysł atakował. James może i był przystojny, ale dziwny. Na pewno coś ukrywał.
- Co wiesz na jego temat?- Rzuciłam bez większego entuzjazmu.
- Nic szczególnego. Ma dwójkę dzieci, od sześciu lat żonaty...- zaczęła, choć zaraz jej przerwałam.
- Chodzi mi o James'a!
- Wiem- wyszczerzyła zęby w uśmiechu.- Pochodzi z Anglii.. Mieszka sam, jego rodzice wyjechali na jakąś wycieczkę morską i wrócą dopiero w przyszłym roku. Czasami zagląda do niego dziadek.
- Czyli jest samowystarczalny? Nieźle- i tak nie zmienię o nim zdania. James jest ładny, ale egoistyczny z niego dupek. Do tego zbytnio zadufany w sobie.
- Jesteś dziwna- stwierdza Letty.
- Teraz to zauważyłaś?- Prychnęłam.
Nagle przede mną pojawił się cień. Domyśliłam się, że ktoś stoi za mną, przysłaniając promienie słoneczne. Zanim się odwróciłam, usłyszałam jeszcze kilka słów, które Jakson wypowiedział w myślach.
- Cassie- powiedział swoim delikatnym głosem, chociaż czułam, że strasznie się denerwuje. Może wskazała to też jego aura, która z fioletowej zmieniła się na czerwoną? Ten kolor jednak odpowiadał dużej liczbie odczuć. U mojej ciotki oznaczał on złość, u niego zdenerwowanie, a u innych może oznaczać inną, negatywną emocję.- Chciałem ci jeszcze raz podziękować za pomoc. Gdyby nie ty, byłbym już martwy.
- Ta... Marshal rzeczywiście potrafi zatruć ludziom życie- odpowiedziałam, delikatnie się uśmiechając.
Dłonią przeczesał swoje brązowe loki. Kolejny dowód na to, że chłopak był spięty.
- Tobie niestety się nie poszczęściło- uśmiechnął się do mnie. Sama mogłabym zabić za ten gest. Jakson podobał mi się już od jakiegoś czasu. W zasadzie od pierwszego dnia w szkole. Niestety, nigdy nie dane było nam porozmawiać. Może dlatego, że także należał do gwiazdosi i nie zwracał uwagi na takiego zwykłego człowieka jak ja? No, prawie zwykłego...- Ładny kolor- powiedział, po czym jego dłoń trąciła moją niebieską kitkę. Ponownie uśmiech zagościł na mojej twarzy.- Mogę się dosiąść?

 Reszta lekcji minęła jakoś... zwyczajnie. Pomimo, że James miał ze mną i angielski, francuski i plastykę, jakoś nie zwracałam większej uwagi na jego ukradkowe spojrzenia skierowane w moją stronę. Gdy je odwzajemniałam, chłopak odwracał się, a ja mogłam dostrzec łobuzerski uśmieszek malujący się na jego twarzy. Denerwował mnie. Był zdecydowanie zbyt pewny siebie, jak na zwykłego chłopaka. No i ta aura... pomimo naszego kontaktu czy krótkiej rozmowy, nie znikała tak, jak u innych.



- James- chrypnęłam, prawie wpadając na niego. Czekał na mnie tuż przed drzwiami do biblioteki. Otworzył je przede mną i z uśmiechem zaprosił do środka.
- Miło cie znowu widzieć- mruknął zadowolony z siebie.
- Nie powiem, że ze wzajemnością...
- Uprzejma jak zwykle- posłał całusa w moją stronę.
 Pani Stelee omal nie wybuchła gromkim śmiechem, słysząc, że moja kara będzie polegała na pracy w bibliotece. Podczas tych kilku miesięcy bardzo się polubiłyśmy. Byłam stałym bywalcem tego budynku, więc często ją spotykałam. Zdarzało się, że i w wakacje zawitałam do niej, gdzie zawsze czekała na mnie sterta książek, uznanych, według niej, za najciekawsze.
- Nieźle ci się poszczęściło- odezwała się bibliotekarka, poprawiając swoje okulary. Po tym geście zerknęła na zegarek na jej nadgarstku. Dochodziła już druga, więc ona, jak i inni pracownicy tej placówki, powinni udać się na krótką przerwę.- Może herbaty? Kupiłam zieloną, tak jak prosiłaś- z szafki pod biurkiem wyciągnęła paczkę zielonej herbaty i kruchych ciastek. Posłałam jej ciepły uśmiech, jednocześnie dziękując za to co dla mnie robiła. Pani Stelee wyglądała prawie jak babcia i tak też ją traktowałam. Jej ciemno bordowe włosy idealnie pasowały do spódnicy w podobnym kolorze. Na twarzy widniało wiele zmarszczek, jak przystało na kobietę w jej wieku. Była drobnej budowy i bardzo niska.
- A to kto?- Zapytała, wskazując na kruczowłosego za mną. Niestety, pomimo moich modłów, on nie odszedł. Ani nie zniknął.
- Nikt ważny- mruknęłam. Chłopakowi to się jednak nie spodobało i zaraz usłyszałam jego sztuczny kaszel. Przewróciłam oczami.- To James- poprawiłam się.- Mamy razem odbyć tą karę.
- W takim razie, kochanie, pójdę przygotować dla was jakiś poczęstunek, a wy odłóżcie tamte książki na swoje miejsce- wskazała na stertę książek za nami. Wzdychnęłam, wiedząc, że zajmie nam to jakieś dwie godziny, a mi zdecydowanie zbytnio zależy, aby się pozbyć tego narcyza.
Wiedziałam też, że bardziej będzie mi przeszkadzał, niż na cokolwiek się przyda.
 Bibliotekarka, tak jak powiedziała, przygotowała dla nas drobną przekąskę w kantorku, gdzie zwykle odbywała się przerwa. Upiłam kilka drobnych łyków gorącego napoju, przeglądając jedną z książek, które jakiś pracownik przyniósł, spędzając tutaj przerwę. Gruba, pozłacana po bokach, okładka, przysłonięta była drobną warstwą kurzu. Wiem, że nie powinno się oceniać książki po okładce, ale ta mnie zafascynowała swoim wyglądem. Jednak tylko chwilowo. Nigdy nie przypuściłabym, że będzie o jakiś mitycznych, czy też wymyślonych stworach. Wyglądała zbyt pięknie, żeby zbezcześcić ją takimi bzdurami. No i kto mógł sobie ją
Podnosząc wzrok, dostrzegłam Florenca- kolejnego ducha, tym razem nawiedzającego bibliotekę. Jak pozostałe duchy, które znałam, zginął młodo. Miał zaledwie dwadzieścia lat, a jego śmierć zdarzyła się podczas jazdy konnej, gdzie spadając z konia uderzył prosto głową w kamień. Ta... zginąć przez kamień... Chyba do końca swojego nieistniejącego życia, byłabym na siebie zła, za to, że dałam się tak łatwo oddać w sidła Śmierci.
Trzymając wcześniej wybraną książkę, wróciłam do „pracy”.
- Damom nie przystoi siedzieć na takim pachołku- od niechcenia wskazał na mały taborecik, który przywlokłam spod biurka.- Dla ciebie, lady, powinno się przygotować odpowiedni tron- burknął, po czym rozejrzał się wokół sali w poszukiwaniu za służbą.- Ech- wzdychnął.- Ten świat schodzi na psy.
Florence był pierwszym arystokratą, jakiego poznałam. Z jego opowieści wynikało, że żył w XVI wieku, a biblioteka ta, była kiedyś jego domem. Dokładnie przeszukałam archiwum, gdzie wyraźnie napisano, że budynek powstał na początku XVIII wieku i był to jeden z nielicznych klasztorów w tej części kraju. Widocznie doznał częściowego zaniku pamięci, stając się duchem. Albo uderzając w kamień... Kto wie?
Zapatrzona w ducha, nie zauważyłam zbliżającego się do mnie James'a. Widocznie skończył swoją pracę i przyszedł po kolejne książki. Może jednak udałoby nam się wcześniej skończyć?
- Ciekawy wybór- mruknął przy moim uchu, a ja czułam ciepło jego oddechu na swojej szyi. Odwracając się, przywaliłam swoim czołem o jego. Tak! Ja zdecydowanie przyciągam same nieszczęścia!
Florence chichocząc, odszedł od nas i zniknął za jakąś ścianą.
- Zdecydowanie chochlik do ciebie pasuje- powiedział swoim seksownym głosem, pocierając swoje obolałe czoło. Zaraz, zaraz! Fuj! Nie, James nie jest ładny... Wcale nie jest przystojny, ani nie ma świetnego ciała, w ogóle nie jest w moim typie.
- Jaki chochlik?!- Krzyknęłam zdenerwowana. Nie wiem czemu, ale ten człowiek strasznie mnie irytował.
- Książka- wskazał palcem na stronę, na której był opis tego stworzenia. Nawet nie zwróciłam uwagi na tego stwora, przeglądając zawartość książki...
- Nie jestem chochlikiem- bąknęłam, głośno zamykając podręcznik. James zaśmiał się, widząc moją oburzoną minę.
- Masz rację. Chochliki może i były niemiłe i wredne, ale też łyse, małe i grube. Ty bardziej pasujesz mi do elfa. Szczególnie te twoje niebieskie włosy- zawinął sobie jeden kosmyk na palec. On, jak nikt inny, samym swoim byciem potrafił wyprowadzić mnie z równowagi. Zapatrzona w jego lekko czerwone oczy, nawet nie dostrzegłam zbliżających się ust. Gdy prawie musnął moje wargi, cofnęłam się i przywaliłam mu w policzek.
- Spróbuj jeszcze raz a...
- A co? -Uśmiechnął się
 Koniec. Na pewno nie wytrzymałabym dłużej z tym idiotą. Przedobrzyłam na dzisiaj, dlatego też wyszłam stamtąd. James wciąż stał w miejscu. Ha! Przynajmniej tego się nie spodziewał. Wychodząc z budynku, ciepły podmuch wiatru musnął moją skórę na nagich ramionach. Schodząc ze schodów, na mojej drodze pojawił się jakiś chłopak. Po raz kolejny, nie wyczułam dzisiaj czyjeś aury, czyli to duch. Może i byłoby mi przykro, gdyby nie wyglądał tak groźnie i jednocześnie zabawnie. Różowe włosy, postawione sztywno na żel, śmiesznie kontrastowały z czarnym, skórzanym strojem. Nie chciałabym tak umrzeć. Miałabym przechadzać się w takim stroju? Nigdy.
 Letty na szczęście już czekała na mnie na parkingu. Jak zwykle z kimś rozmawiała przez telefon. Widząc moją zdenerwowaną minę, zakończyła rozmowę i wsiadła z powrotem do samochodu. Ja jak zwykle zajęłam miejsce pasażera, tuż obok niej. Trochę się męczyła z samochodem, jednak po chwili trudu, staruch odpalił.
- Zakupy?- Zapytała niepewnie. Może dzięki nim uda mi się zapomnieć o James'ie? Och! Przecież muszę sobie kupić coś na imprezę, na którą zaprosił mnie Jakson! Takie podziękowanie za tak drobną pomoc...
- Chętnie- myśl o ponownym spotkaniu z brunetem zdecydowanie poprawiła mi humor. Może uda mi się wybić sobie tego świra z głowy? Jak on śmiał w ogóle chcieć mnie pocałować? Chociaż trudno będzie wywalić z głowy jego idealnych ust, ciepłego oddechu i tych pięknych lekko czerwonych tęczówek, wpatrujących się we mnie z takim pragnieniem.
Chwila... czy one wcześniej nie były złote?


czwartek, 17 lipca 2014

Prolog

***




                            Głośna muzyka zagłuszała jej krzyki. Piskliwy płacz dziewczynki, wzbudziłby nie jedno zainteresowanie wśród dorosłych. Jednak teraz było to niemożliwe. Blondwłose loki dziecka, powoli zanurzały się w wodzie. Była uziemiona, choć nawet nie próbowała się wydostać. Strach sparaliżował ją, ale była zbyt mała, żeby myśleć racjonalnie w takiej sytuacji.
- Mamo!- Jęknęła, spoglądając na kobietę zajmującą przednie siedzenie. Nie odpowiedziała. Dziewczynka spostrzegła jej bezwładne ciało opierające się o fotel. Ojciec wyglądał podobnie. Ich krew zmieszała się z wodą, choć w ciemności nie można było tego dostrzec. Jedynie silny zapach metalu świadczył o jej obecności. 
Niezauważalny dla zwykłego śmiertelnika.
Dziewczynka jeszcze raz pociągnęła za pas, który miał ją chronić, teraz stał się jej katem. Coraz mocniej przylegał do jej ciała, zmniejszając odległość między nimi. Dusił ją.
- Mamusiu...- mamrotała, resztkami sił. 
Powoli zamykała swoje drobne oczka, chcąc się udać do krainy Wiecznego Spokoju...



***



- Wracamy, stary- jeden z mężczyzn klepnął go w ramię, przez co zachłysnął się alkoholem. Zdenerwowany, cisnął kubkiem w krzaki, podążając za swoim przyjacielem, chcąc odwdzięczyć się za ten drobny wypadek. Obejrzał się dokładnie wokół, dostrzegając, że każdy człowiek jest zajęty własnymi sprawami. Jego palec zapłonął czerwono-pomarańczowym ogniem, który cisnął w swojego towarzysza. Ten w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem, a płomyk trafił w samochód.
- Kurwa!- Mruknął, uświadamiając sobie, że skasował własny pojazd. Śmiech Azazela dodatkowo go zdenerwował.
- Wracasz na piechotę!- Krzyknął roześmiany demon, po czym odjechał swoim sportowym samochodem. Młody chłopak wyszedł z lasu, kierując się wzdłuż rzeki do miasta. Wiązanka przekleństw wychodziła z jego ust, gdy kolejny zimny podmuch wiatru, uderzył go w rozgrzaną skórę. Alkohol całkowicie ulotnił się z jego organizmu, pozwalając na trzeźwe myślenie. W myślach odsyłał swojego przyjaciela do jak najdalszych zakamarków Tartaru. Jednak cichy szelest zakończył jego rozmyślanie. Przystanął, chcąc bardziej wsłuchać się w ten dźwięk. Nie był to żaden wiatr, ani stukot drzew, czy jakiekolwiek leśne zwierze. To było... dziecko. Płacz drobnej istotki, wołający jednocześnie o pomoc. 
W pierwszej chwili chciał zignorować ten dźwięk, jednak coś nim tchnęło. Spojrzał na most i wodę zaraz pod nim. Kilka bąbelków wydostawało się na wierzch, waląc w kawałki balustrady. Podszedł bliżej do tego miejsca. Dostrzegł niebieską aurę wydobywającą się z wody. Niewiele myśląc skoczył do źródła tej poświaty. Woda wydawała się być gorąca, choć dzień nie był aż tak upalny. Bez trudu dopłynął do auta, w którym uwięzione zostały trzy osoby. Aura dwóch z nich była już czarna. Czekała ich już tylko krótka droga do Zaświatów. Inaczej było z dziewczynką, siedzącą tuż za nimi.  Jej aura była niebieska, wciąż żyła. Serce zaś świeciło się na czerwono. Zmarszczył brwi, zastanawiając się co mogłoby to znaczyć. Nigdy wcześniej nie spotkał się z niczym podobnym, choć podczas swojego długiego życia, widział nie jedne dziwactwa. 
Chwycił klamkę, a drzwi samochodowe odpadły bez większego wysiłku. Wziął dziewczynkę na ręce i wypłynął na powierzchnię. Woda w tym czasie zdążyła już schłodnieć. Cały przemoczony wyszedł na brzeg, trzymając dziewczynkę w ramionach. Nie oddychała, chociaż jej aura wskazywała na coś innego. Ułożył ją delikatnie na piasku, nadsłuchując czy mała oddycha. Niestety, powoli odchodziła.
- No dalej- mruknął, a jego moc przeszła przez jej ciało. Klatka piersiowa uniosła się do góry, po czym powoli opadła. Blondynka wciąż nie oddychała. 
- Dasz radę, mała- powiedział demon, ponownie przekierowując swoją moc do niej. W końcu aura trochę przygasła, zmieniając się na zieloną- normalną dla ludzi. Dziecko znowu żyło.
Uniosła powieki, spoglądając na niego swoimi małymi, szarymi oczkami. Mężczyzna spojrzał na nią trochę zdenerwowany, nie wiedząc jak się zachować.
- Jesteś aniołem?- Zapytała swoim delikatnym, melodyjnym głosikiem.
Demon zamrugał kilkakrotnie, nie wiedząc co powiedzieć. W końcu przytaknął.
- Mam anioła stróża?- Zapytało dziecko, próbując się podnieść z miejsca. 
- Tak- potwierdził chłopak.
- A...moi...rodzice?- Zachlipała.- Czy oni...
- Odeszli, mała- powiedział.- Są teraz wśród aniołków w Niebie. Ty też tam trafisz. Gdy przyjdzie na ciebie czas.
- I co teraz?
- Teraz pójdziesz spać- złożył delikatny pocałunek na jej czole, wprawiając ją w krótką śpiączkę. Demon wstał, trzymając ją w ramionach. Odgarnął z jej twarzy niesforne kosmyki, spoglądając na nią. Delikatna skóra, niewinnego dziecka, paliła jego wnętrze. Nie wiedział co ma z nią zrobić. Jako demon powinien był zostawić ją w tym właśnie miejscu. Tak zrobiłby ktoś z jego pokroju, ale on był inny. Już nie przypominał swoich braci. Przytulił mocniej dziewczynkę i razem zniknęli w ciemnym lesie, szukając jakiegoś schronienia.


Witam wszystkich na moim nowym blogu! Wiem, że teraz wygląda ubogo, ale z czasem to się zmieni. Jeśli oczywiście znajdę odpowiedni szablon... Tak więc, wracając do tego bloga, to będzie to historia dziewczyny, o pewnym darze, którego wprost nie cierpi. Z czasem się do niego przyzwyczai, ale gdy mieszkańcy Piekła się o niego upomną, nie będzie już tak wesoło. Na pewno pojawi się moja ulubiona trójca demonów- Azazel, Beleth i Asmodeusz. Co do rozdziałów- na pewno będą długie :D Może i dłuższe niż na Ostatnim tańcu? Ale niestety nie będą tak często dodawane. Mam wobec tego bloga duże plany, więc i bardziej będę się starać :D No nic... Nie będę już marudzić. Jeśli Wam się spodoba (na co bardzo liczę), zostawcie proszę po sobie jakiś ślad, w formie komentarza :*
Pozdrawiam
S.