piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 3 " Milcząc, cierpimy jeszcze bardziej".






          Jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie upłynął. Zwykle przygotowania do wyjścia, nie zajmują mi tyle czasu. Szybki prysznic, mycie i suszenie włosów, delikatny makijaż i... ubrania. Mnóstwo ciuchów walało się po moim pokoju. Aż dziwiłam się, że tyle zmieściło się w szafie. Spokojnie mogłam zapełnić nimi jakiś sklep. Idąc do Letty, ubrałam jeansy i pierwszy lepszy top, który wpadł mi w ręce. Nie przejmowałam się, że ktoś mnie zobaczy. Nigdy się tym nie przejmowałam, bo jakoś tytuł gwiazdosi niezbyt mi pasował. Tym razem było inaczej. Miałam się spotkać z Jackson'em, który za dziesięć minut miał po mnie przyjechać.
Cholera!
Taka mała rada na przyszłość... Nigdy więcej nie przefarbuje włosów na niebiesko! Strasznie trudno dobrać do nich jakieś ciuchy.
- Tim!- Jęknęłam. Blondynek po chwili pojawił się w moim pokoju. Zaśmiał się, patrząc na stertę rozrzuconych ubrań.- Nie śmiej się tak, tylko pomóż mi coś wybrać!
Czy to rozsądne robić z sześciolatka małego stylistę? Okey... był jeszcze młody, ale naprawdę potrafił dobrać mi idealny strój na każdą okazję. W końcu czegoś się nauczył po tych kilku latach dzielenia się ze mną pokojem. Jak na 6 latka miał znakomity gust.
- Czemu nie ubierzesz tych nowych ciuchów, które sobie ostatnio kupiłaś?
- O boże... Jesteś genialny!- Dlaczego o tym zapomniałam? Przecież specjalnie kupiłam sobie strój na spotkanie z Jackson'em.
Czarne szorty z ćwiekami po bokach, a do tego bluzka z jakimś napisem. Jeszcze nie oderwałam metki. Ubrania idealnie na mnie leżały i wyglądałam w nich całkiem dobrze. Podkreśliłam kredką oczy, nadając im dzikości i charakteru. Jedyne czego nie cierpiałam w swoim wyglądzie, to te oczy. Szare tęczówki, pokazujące bezdenną pustkę. Dostrzegałam w nich nicość. Zazdrościłam Letty, gdyż w jej oczach zawsze widniała radość. U mnie tego nie było. Ale próbowałam jakoś to naprawić poprzez makijaż, chociaż na niewiele to się zdało.
Wybiła ósma, a mój telefon zabrzęczał. Mój wybranek czekał na mnie przed domem. Szybko chwyciłam klucze od domu i już miałam wyjść, gdy Timmy mnie zawołał. Odwróciłam się, a srebrny naszyjnik przeleciał przez hol. W ostatniej chwili złapałam go i zawiesiłam na szyi. Gdyby on tylko żył, zrobiłby niezłą karierę w branży modowej.
- Będę przed dwunastą- uśmiechnęłam się do niego.- Mary wróci o drugiej, albo zostanie u swojego amanta, więc masz cały telewizor dla siebie- zamknęłam drzwi i spojrzałam na chłopaka. Znowu poczułam się tak jakby czas stanął w miejscu. Jackson stał oparty o czarnego mustanga, którym przyjechał. Szara koszulka opinała jego muskularne ciało. Włosy, zwykle lekko kręcone, tym razem były proste, ułożone w delikatnym nieładzie. Uśmiechnął się do mnie, gdy się do niego zbliżyłam. Uderzył mnie zapach jego wody kolońskiej, przez co nogi zrobiły się strasznie wiotkie. Ale szłam dalej i ani razu się nie potknęłam. Za co musiałam dziękować tym na górze, o ile zacznę kiedyś w nich wierzyć.
- Wow- westchnął.- Wyglądasz pięknie.
Zarumieniłam się. Super... coś czuję, że ten kolorek szybko nie zejdzie mi z twarzy. Chłopak cmoknął mnie w policzek, co wywołało kolejny rumieniec...
- Dzięki- mruknęłam, odzyskując głos.- Wiesz, gdzie mieszka James?
- Yhym- przytaknął.- To tylko kilka domów ode mnie.
- Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać... Mogłam zabrać się z Letty i spotkalibyśmy się na miejscu- bąknęłam.
- I miałbym odmówić sobie przyjemności zobaczenia cię pierwszej ze wszystkich? Nigdy w życiu- ponownie się do mnie uśmiechnął.- Jedziemy?
- Jedziemy- przytaknęłam.



- Wow...- jęknęłam, dostrzegając jego posiadłość.- Wow...
Dziękuje za zbyt rozbudowane słownictwo!
Jego dom był olbrzymi. Mój mógłby się tu zmieścić kilka razy. Wielki podjazd, na którym stało kilkanaście zaparkowanych aut. Brama była otwarta, umożliwiając nam bezproblemowy wjazd. Jackson zaparkował niedaleko wejścia frontowego. Gdy tylko otworzyłam drzwi samochodu, usłyszałam muzykę, tak jakby grała tam jakaś kapela?
- Muzyka na żywo- powiedział chłopak.- Nieźle.
No cóż. Ja nadal dysponowałam ograniczonym słownictwem.
Chciałam znów wyrazić swój zachwyt, jednym krótkim słowem, ale na szczęście się powstrzymałam. Dom, jak i jego wnętrze, było ogromne i świeciło luksusem. Ludzie rozkładali się niemal wszędzie. Chociaż impreza trwała od godziny, spora część imprezowiczów była już zalana. Albo zjarana, gdyż mała grupka uczniów urządziła sobie w salonie palenisko. Około dziesięciu uczniów siedziało w kółku, a pośrodku nich znajdowała się fajka wodna, którą sobie podawali. Słyszałam jeszcze śmiech jednego z nich, nim Jackson pociągnął mnie na tył budynku. Zachwycona budowlą, nawet nie zauważyłam, że splótł nasze palce ze sobą. Gdy już potrafiłam jakoś racjonalnie myśleć, zalała mnie nagła fala ciepła.
- Idę po piwo. Też chcesz?- zapytał, wpatrując się w moje oczy.
- Jasne.- Odzyskałam głos!
Jackson nachylił się do mnie i musnął ustami mój policzek, po czym się uśmiechnął.
- Zaraz wracam.
Odprowadziłam go wzrokiem, nim zniknął w jakimś pomieszczeniu. Rozejrzałam się wokół, próbując wypatrzeć moją przyjaciółkę. Zamiast niej, znalazłam niestety gospodarza...
- Elfik!- krzyknął w moją stronę, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
- Arogancki dupek!- odparłam.
James roześmiał się i podszedł do mnie.
- Wiedziałem, że przyjdziesz. Nikt nie potrafi oprzeć się urokowi Jamesa Campbella.
- Przejrzałeś mnie- westchnęłam.
- Och, kochanie nie przejmuj się tym- zapewnił.- Nie ty pierwsza się we mnie zakochałaś- nachylił się, żeby mnie pocałować, ale ja na szczęście zdążyłam go odepchnąć. No super... właśnie chyba tego chciałam uniknąć nie przychodząc tu.
- Jesteś pijany, James.
- Czyli na trzeźwo byś mnie pocałowała?- uniósł brew do góry, przez co chciałam parsknąć śmiechem. O tak! Rzeczywiście był pijany.
- Prędzej bym umarła, niż cię pocałowała- zapewniłam. Dziwny błysk zawitał w jego, tym razem czerwonych, oczach.
- Uważaj czego sobie życzysz, Elfiku. Niektóre rzeczy się spełniają...- zmarszczyłam brwi.- Widziałem Scarlett, ale ty nie przyjechałaś z nią... więc kto miał ten zaszczyt, żeby cię przywieźć? Mogłaś do mnie zadzwonić. Chętnie bym poratował damę w opałach- posłał mi całusa.
- Nie mam twojego numeru- jęknęłam i nerwowo zaczęłam rozglądać się za Jackson'em. Chciałam jak najszybciej pozbyć się jego towarzystwa. Był zbyt nachalny i do tego śmierdział alkoholem.
- Wysłałem ci esemesa z adresem.
- Musiałam go przypadkowo usunąć.- Ta, jasne. Przypadkowo.- Wybacz, ale muszę...
- Cass!- krzyknęła moja przyjaciółka. James skrzywił się i nawet nie wyobrażał sobie, jak bardzo cieszyłam się z jej przyjścia. Mogłam uwolnić się od niego i to zrobiłam.- Nie wierzę! Jednak udało mu się ciebie namówić.
- Nawet nie wiesz jak było trudno- odparł Jackson, dołączając do rozmowy.- Dzielnie się broniła- mrugnął w moją stronę, podając mi kubek z piwem. Od razu upiłam z niego kilka łyków alkoholu. Może i jakoś trzymałam się na nogach, gdy on był przy mnie, ale w głowie miałam zupełnie pustkę. Okey... Wdech, wydech. Spokojnie. Dam radę.
- Chodźcie na dwór- odezwała się Letty.- Oni są naprawdę świetni!
Przyjaciółka chwyciła moją dłoń i pociągnęła na zewnątrz. Kątem oka dostrzegłam śmiejącego się Jacksona. Chłopak pokręcił głową i ruszył za nami. Letty przepychała się między ludźmi i już po chwili znaleźliśmy się na zewnątrz, gdzie znajdowało się jeszcze więcej ludzi. Byłam pewna, że jest tu cała szkoła, o ile nie pół sąsiedniej... Scenę rozłożono za basenem. Wielki tłum wiwatował grającej kapeli. Grali głośno i, według mnie, byli zajebiści. Metalika- moje drugie ja. Nie znałam zespołu, ani piosenki, którą grali, dlatego też chciałam podejść jak najbliżej sceny, aby ich zobaczyć. Letty zupełnie zatraciła się w muzyce. Ruszała się jak zawodowa tancerka, a ja byłam pewna, że to nie było spowodowane tylko alkoholem.
Dostrzegłam Jamesa zaraz obok sceny. Zamienił kilka słów między wokalistą, a mnie niemal szczęka odpadła. Byłam pewna, że on był martwy! A w rzeczywistości grał w tym zespole?
- Słodki, nie?- zagadnęła do mnie Letty, wskazując na muzyka. Jego różowy irokez został przefarbowany na niebieski, ale to wciąż był ten sam facet, którego spotkałam przy wyjściu z biblioteki. Było zbyt głośno, abym mogła usłyszeć jego myśli i dowiedzieć się, czy on naprawdę żyje. Chociaż gdyby był martwy, to znaczyłoby, że James też widział duchy, albo po prostu był taki jak ja. Co było niemożliwe, a ja powoli zaczynałam bredzić. Kubek, który trzymałam, zdążył się już napełnić kilka razy, a ja zaczęłam odczuwać jego wpływ. Zdecydowanie musiałam zwolnić z piciem.
- Skończyłaś już potajemnie wzdychać do Jamesa?- moja przyjaciółka wyszczerzyła się w uśmiechu.
- Ta... Myślę, że mogę ci go w końcu zostawić. Zdecydowanie podoba mi się jego kolega- rozejrzała się wokół siebie.- Chodź, już powoli trzeźwieję, a do tego nie można dopuścić!
Zapewne, nie mówiła tu o alkoholu. I tak też było. Usiadłyśmy w kręgu, a Letty wzięła od kogoś fajkę i zaciągnęła się dymem. Od momentu znalezienia kilku jointów w szufladzie jej brata, zaczęła od czasu do czasu jarać. Nie była uzależniona, więc nie martwiłam się zbytnio o nią. Sama też czasami dołączałam i teraz też to zrobiłam.
- Tylko nie przesadź- zagroziła rozbawiona dziewczyna. Przewróciłam oczami i szybko podałam skręta siedzącemu obok chłopakowi. Nie cierpiałam tego, a ona w takim stanie zapominała, że nie palę. Chłopak zaciągnął się, a ja poczułam się, jakbym sama paliła. Od razu poczułam mrowienie w gardle. Letty zaczęła się śmiać, a ja jej zawtórowałam.
- O matko...- jęknęłam.
- Wiem, stara. Znowu się zjarałam!- krzyknęła rozbawiona. Zasłoniłam dłonią jej usta, aby nikt jej nie usłyszał.
Dziwiłam się samej sobie, że cały czas nie piłam. Ani nie brałam żadnych używek. Nie słyszałam nic. Byłam zbyt rozkojarzona, aby rozróżnić gwar rozmów od myśli, czy też odczytać ich aury. Wszystko się mieszało, a mnie to odpowiadało. Czułam się wtedy normalna. Chociaż nie... To nie było normalne. Nie mogłam być taka po kilku piwach bądź nawdychawszy się dymu, czuć się gorzej niż bym naprawdę spaliła kilka skrętów. Coś było zdecydowanie nie tak.
- Tu jesteś!- krzyknął James. Próbowałam wstać i się przed nim schować, ale nie potrafiłam jakoś podnieść się na nogi. Letty położyła się na plecach, palcem kreśląc jakieś znaki w powietrzu. Co chwilę z jej ust wydobywał się śmiech. Obróciłam się, a ciemnowłosy stał tuż za mną. Uśmiechał się tym swoim zabójczym uśmiechem, od którego pewnie nie jednej dziewczynie kręciło się w głowie. Tak, jak mi teraz, ale to było spowodowane zupełnie czymś innym.
- James! Ty...- nie dokończyłam, gdyż nie mogłam powstrzymać śmiechu. Nawet nie potrafiłam normalnie się wysłowić.
- Oj, Cass. Coś ty narobiła- pokręcił głową, wyraźnie zmartwiony. Czyżbym pierwszy raz widziałam w jego oczach troskę, czy może znowu udawał?
- Muszę znaleźć Jacksona- jęknęłam. Musiał mnie odwieźć do domu. Przesadziłam, chociaż nie wiedziałam nawet z czym.
- Zaraz- chwycił mnie za ramię i wyprowadził z domu. Cały czas chichotałam, mijając pijanych ludzi. Zataczali się, a ja wcale nie byłam lepsza od nich. Jedynie co, to wyglądałam dosyć schludnie. Nie byłam oblana nigdzie piwem, ani nie puściłam pawia. Nawet nie spociłam się aż tak bardzo, po tańcach z Letty. Właśnie... Letty!
- James- zawołałam, a on się odwrócił. Zachichotałam.- Nie mogę tak zostawić Scarlett. Ona całkowicie odpłynęła.
Zauważyłam, że zaczął analizować moje słowa, próbując wymyślić jakieś wyjście. Przez to, zrobiła mu się taka śmieszna zmarszczka na czole, którą dotknęłam palcem, a z moich ust wydobył się kolejny chichot. Zza jego pleców wyłoniła się niebieska czupryna. Chłopak objął ramieniem Jamesa i wyszeptał mu coś do ucha, po czym odwrócił się w moją stronę. Zdziwienie, szybko zostało zamieniona na rozbawienie, gdy mierzył mnie wzrokiem. Podeszłam do nieznajomego i pacnęłam go ręką w pierś. Obydwoje spojrzeli na mnie zdezorientowani, a ja zaczęłam chichotać. Znowu.
- Wow. Ty żyjesz!- krzyknęłam.- Ale dlaczego nie widzę twojej aury? Chyba, że jest zielona...- kolejne parsknięcie.
- Dobra, pójdziemy znaleźć Jacksona, a ty- zwrócił się do swojego znajomego- zajmiesz się jej przyjaciółką. Leży w salonie.
Chłopak zasalutował na zgodę i zaczął się oddalać od nas.
- Letty będzie zachwycona- powiedziałam ciemnowłosemu.- Nie dość, że facet, który jej się podoba, będzie jej pilnował, to do tego jest demonem! Co za noc!
No dobra. Szczerze, to nie wiem czemu to powiedziałam. Ale słowo się już rzekło i... i było mi przez to strasznie głupio. Właśnie dlatego nie przesadzałam nigdy z alkoholem.
- Jaki demon?- zapytał wyraźnie zdumiony chłopak. Jego kolega także przystał w miejscu i odwrócił się w naszą stronę.
- Och! Przepraszam... Zapominam, że nikt poza mną tego nie widzi. A może jednak?- znowu zaczęłam bredzić.- James spójrz na niego- wskazałam palcem na niebieskowłosego, którego włosy były o parę tonów ciemniejsze niż moje.- Spójrz na jego plecy. Ma dwa wielkie, czarne skrzydła jak ptak! - klepnęłam go w plecy i westchnęła, nie czując nic. Żadnego pierza, czy czegokolwiek. To była tylko iluzja.- Mój ty zazdrośniku- zaświergotałam.- Ty też masz takie, kochany.
- Zbyt dużo wypiła- stwierdził jego przyjaciel.
- O nie!- zaprzeczyłam.- Wasza trójka ma takie coś na plecach. Ty, James i Jackson. Tylko, że on ma białe. Dziwne nie? A ja jestem fioletowa!- krzyknęłam radośnie. Moja skóra mieniła się fioletowo- srebrną barwą. Szkoda, że dopiero teraz to zauważyłam.
James był zmieszany całą tą sytuacją, przez co na jego czole pojawiła się duża zmarszczka, ale zaraz zniknęła, gdy mój dzisiejszy towarzysz trzepnął go ręką w głowę.
- Co wyście jej zrobili?!- Jackson zrobił groźną minę, chociaż nie pasowała do niego.
- Cass, coś ty wzięła?- kruczowłosy zwrócił się do mnie, po czym zawołał swojego znajomego z niebieskim irokezem.- Azz! Zajmij się jej przyjaciółką i sprawdź czy jej też odbiło.
- Nic jej nie jest- zapewniłam.- To tylko na mnie tak działa. Nie powinnam była tyle wypić, ani wąchać tego świństwa. Teraz wybaczcie, ale muszę dostać się do domu. Tim będzie się martwić- powiedziałam ze śmiertelną powagą. Powoli wracałam do normy. Alkohol przestawał działać.
- Odwiozę cię- brunet objął mnie ramieniem, kierując w stronę wyjścia. Zdążyłam jeszcze się odwrócić i pomachać na pożegnanie Jamesowi, który... zdecydowanie wyglądał na zmartwionego. Ale chyba nikt nie potrafił tak długo udawać? Musiał naprawdę przejmować się moim stanem, co było dosyć dziwne.
Jackson wpakował mnie do auta i zapiął pas.
- Jesteś taki słodki, Jackieee- palnęłam bez namysłu, a on uśmiechnął się.
- Cass, jesteś pewna, że nikt nic ci nie dorzucił czegoś do picia? Albo...
- Nie. Tak. Nie wiem... Wszystko było w porządku, dopóki nie poszłam z Letty. A właśnie, co z nią?
- James zapewnił, że się nią zajmie, więc nie musisz się martwić. Jest w dobrych rękach.
- Nie lubisz go- i znowu moja jadaczka nadawała na pełnych obrotach.
- Znałem go już wcześniej. Dalej jest tym samym dupkiem co kiedyś- chociaż było ciemno, mogłabym przysiąc, że się uśmiechał.
- Taaak. Straszny z niego dupek!- zachichotałam.
- No dobra, jesteśmy na miejscu. Dasz radę sama wejść?
Próbowałam. Starałam się to zrobić, ale chociaż już zamek od drzwi samochodu ustąpił, ukazała mi się bezdenna otchłań, w postaci chodnika.
Jackson szybko obszedł samochód i pomógł mi wysiąść. Zachwiałam się i jakimś cudem wylądowałam w jego ramionach. Objęłam dłonią jego policzek i nim się postrzegłam, musnęłam jego usta swoimi. Gdy chłopak przezwyciężył zaskoczenie, pogłębił pocałunek. Było o wiele lepiej niż w moim śnie. Ciepło jego warg rozgrzało mnie całkowicie. Ten pocałunek był moim prywatnym szczęściem. Wielką nagrodą na loterii. Jego język musnął moje wargi, domagając się zaproszenia. Chociaż go nie potrzebował. Czułam każdy jego dotyk z podwójną mocą. Wszystko co było z nim związane, odczuwałam o wiele mocniej niż powinnam. Może to dla tego, że tak bardzo go pragnęłam?
Musieliśmy się w końcu oderwać od siebie, gdy obojgu nam zabrakło tchu. Nawet nie zauważyłam, że już stałam na nogach. Jacckson dotknął dłonią mój policzek i oparł swoje czoło o moje. Jego ciepły oddech muskał moją twarz.
- No...- zaczęłam, nie wiedząc co w ogóle powiedzieć. Chłopak delikatnie musnął moje usta.
- Dobranoc. Moja piękna, Cass- wyszeptał, ponownie mnie całując. Rzucił mi szelmowski uśmiech i udał się w stronę auta.
Weszłam do domu, z w mojej głowie wciąż bębniło jedno słowo. Moja... Tak, byłam jego.


                Głośno krzyknęłam, po czym usiadłam na łóżku. Ciężko dysząc, próbowałam się jakoś uspokoić. Serce omal nie wybiło własnej ścieżki, uciekając z mojej piersi. Znowu miałam ten koszmar. Ten sam sen, który męczył mnie w jeden jedyny dzień w roku.
- Wszystkiego najlepszego!- krzyknął Tim, wpadając z kotem do mojego pokoju. Rzucił się na mnie, aby po chwili tuląc się do mojego ciała. Odwzajemniłam uścisk i uśmiechnęłam się, dziękując mu za życzenia. Chłopczyk oderwał się ode mnie i pociągnął mnie za rękę, abym poszła za nim. Tim co roku zaskakiwał mnie, swoimi pomysłami. Bałam się co tym razem wymyślił, po zeszłorocznej niespodziance, gdy sprawił Panią Percy dla swojego kota, który teoretycznie był mój. Powoli i niepewnie szłam za nim, analizując najczarniejsze scenariusze.
- Namalowałem ci obrazek- posłał mi szeroki uśmiech, a w jego oczach także widniała radość. Powiodłam wzrokiem na ścianę, na którą patrzył. Na szarym tle, tuż przy drzwiach, widniał WIELKI czerwony dinozaur. Naprawdę. Był wielki.
Zaśmiałam się i uściskałam malucha. Teraz nie było tu pusto i pochmurnie. Mój pokój nabierał swojego charakteru, a na jednym rysunku na pewno się nie zatrzyma. Timmy pewnie już opracował plan, jak udekorować i rozpromienić to szarobure pomieszczenie. W kuchni jak zwykle czekała na mnie ciotka. Przygotowała dla mnie przepyszne naleśniki z bananem, polane czekoladą. Jedynie Scarlett uwielbiała prezenty od niej. Zwykle ograniczała się do bonów podarunkowych, jakieś zniżki w salonie kosmetycznym, a tym razem.... Tym razem zapewniła mi cały dzień w spa, z dowolną, wybraną przeze mnie, osobą. Mieliśmy do dyspozycji kilka pełnych pakietów. Mogłam dać sobie uciąć rękę, że Letty będzie wniebowzięta tym prezentem.
            Zabrałam się z Mary do szkoły. Ledwo zdążyłam wysiąść z samochodu, Scarlett rzuciła się na mnie, powalając na trawnik. Usłyszałam jeszcze śmiech ciotki, nim pojechała do pracy. 
- Letty, puść mnie!- jęknęłam, próbując się wydostać z jej zabójczego uścisku. 
- Najpierw powiedz, co dla mnie masz- zaśmiała się, siadając na mnie.
- Scarlett, to są moje urodziny, więc chyba ty powinnaś mieć coś dla mnie- dziewczyna wybuchła śmiechem.- No dobra. Ty i ja ten weekend spędzamy w spa.
W odpowiedz, pisnęła mi prosto do ucha.- Teraz moja kolej!- zrzuciłam ją z siebie, po czym obydwie usiadłyśmy na trawniku.- Pamiętasz Azz'a z imprezy u Jamesa?  No więc... my jesteśmy razem!
- Ale przecież ty go wcale nie znasz! I co ma wspólnego z tym mój prezent?
- Oj, Cass. Trochę skromności. Jesteś bardzo zachłanna, wiesz?- w odpowiedzi wyszczerzyłam zęby.- No więc, wracając do mojego chłopaka... I tak w ogóle to zdążyłam już go trochę poznać... Pracuje w studiu i... brawa dla mnie! Załatwiłam ci darmowe zrobienie tatuażu! Co ty na to? Wiem jak bardzo chciałaś go sobie zrobić, więc rozmawiałam też z Mary i nie uwierzysz, zgodziła się! Możemy jechać w przyszłym tygodniu, jeśli chcesz.
- Dziękuje!- pisnęłam i tym razem to ja miażdżyłam ją w uścisku. Dziewczyna poklepała mnie po plecach, chcąc dać mi do zrozumienia, że już wystarczy. Wypuściłam ją, a ona oparła dłonie na biodrach, ciężko oddychając, udawała, że sprawiłam jej jakąś krzywdę. 
- Elfik!- krzyknął kruczowłosy. Poczułam się dziwnie, wiedząc, że zaraz miałabym się z nim spotkać. Chwyciłam moją przyjaciółkę za rękę i poszłam w stronę szkoły, gdzie zaraz miały się zacząć zajęcia. Udało mi się dotrzeć do klasy, zanim dorwał mnie ten dupek.  
Cały dzień próbowałam unikać Jamesa. Może i nawet dlatego, że tak bardzo ośmieszyłam się na jego imprezie? O ile zbytnio się nie upił, aby to zapomnieć... Ale wątpię, żeby mógł ot tak usunąć to ze swojej pamięci. Wyraz jego twarzy, wskazywał na to, że rzeczywiście się o mnie martwił. No i to co wtedy zobaczyłam... Próbowałam, ale tym razem nic nie dostrzegłam, patrząc na chłopaków. Ani Jackson, ani James nie mieli żadnych oznak, że są tacy jak ja. No nie do końca tacy, gdyż ja nie miałam żadnych skrzydeł na plecach, tylko mieniącą się skórę. 
- Witaj, moja piękna- szepnął mi do ucha aksamitny głos, przez co lekko się wystraszyłam. Odwróciłam się i dostrzegłam uśmiechniętego Jacksona, trzymającego w rękach bukiet długich, czerwonych róż.- Wszystkiego najlepszego- podał mi kwiaty, a na moich ustach złożył namiętny pocałunek. Byłam pewna, że nasz piątkowy pocałunek, był tylko jego jednorazowym wyskokiem. W końcu on był wielką gwiazdą lacrosse, a ja... nikim. Owszem, kontaktował się w weekend ze mną, ale dopiero dzisiaj mieliśmy się spotkać, po jego powrocie. W jego wiadomościach, zawsze pojawiały się jakieś czułe słówka. Nawet wyznał mi, że wolał być teraz ze mną, niż wybrać się na jakiś bankiet, gdzie zaproszono jego ojca. - Cały dzień cie szukałem- wyznał.
No tak... Może i nawet trochę mu utrudniłam to zadanie, chowając się przed James'em.
- Przepraszam... Miałam kilka spraw do załatwienia.
- No cóż, nie mam zbyt dużo czasu. Zaraz mam trening, ale musiałem Cię zobaczyć- chłopak przyciągnął mnie do siebie i jeszcze raz namiętnie pocałował. Nagle moje nogi zrobiły się strasznie wiotkie, więc chwyciłam się jego ramion, aby nie upaść. Ten tylko się szeroko uśmiechnął.
- Zobaczymy się później?- zapytał. Oderwałam wzrok od jego ust i spojrzałam mu prosto w oczy. Widziałam w nich pożądanie. 
- Może wpadniesz do mnie wieczorem? - zaproponowałam.
- Wpadnę po ciebie wieczorem- powiedział, nie zdradzając mi dalszych planów. Miała to być niespodzianka. Pożegnał się ze mną i ruszył w stronę sali. Zabrałam kwiaty i udałam się pieszo do domu, chcąc przemyśleć kilka spraw.

           Ten dzień musiałam spędzić według własnych norm. Żadne prezenty, czy też miłe słówka nie były jego częścią. Nie cierpiałam tego, ale uwielbiałam, gdy oni cieszyli się, składając mi życzenia. Jeśli to miało ich uszczęśliwić, to nie miałam nic przeciwko temu. Mogłam, z udawanym spokojem, to przetrwać. Urodziny... tak w zasadzie co jest w nich szczególnego? Z roku na rok stajemy się starsi, a wraz z tym, zmniejszamy czas do naszej ostatecznej wędrówki. Do śmierci. Więc co takiego jest w nich dobrego? To, że świętujemy dzień własnych narodzin? Dla większości jest to początek. Tak, jak i dla mnie, ale jest to też początek końca. Jeden dzień, który co roku przypomina mi o tragedii, jaką przeżyłam kilka lat temu. Więc jak mam się cieszyć, gdy w każde moje urodziny, przeżywam ten sam koszmar? Wciąż na nowo tonę. Dławię się wodą i widzę jak moi rodzice odchodzą... Tylko, że ja wtedy nie umarłam. Nie odeszłam wraz z nimi, chociaż powinnam. Ja wciąż żyję, co przecież powinno być niemożliwe. I chociaż moje sny próbują mi przypomnieć, że nie powinnam tu być, żyć wśród śmiertelników... ja tu jestem. Zastanawiając się, dlaczego...
- Cass- usłyszałam szept znienawidzonego przeze mnie chłopaka. Cały dzień próbowałam go unikać. I prawie mi się to udało. To było ostatnie miejsce, gdzie spodziewałam się go. Central park był sporej wielkości, a tu, ukryta wśród drzew, daleko od ścieżki dla pieszych, nie spodziewałam się nikogo. - Dlaczego płaczesz?
Dotknęłam dłonią swojego policzka. Nie zdawałam sobie sprawy, że płacze. Tak dawno tego nie robiłam... Myślałam nawet, że zapomniałam jak to się robi. 
- Nie twój interes- warknęłam i starłam jakiekolwiek oznaki mojej słabości. Otrzepałam się z ziemi i, zebrawszy moje rzeczy, próbowałam go wyminąć. Jednak chłopak złapał mnie i odwrócił  tak, abym mogła spojrzeć w jego oczy. Świetnie. Teraz były niebieskie. 
- Co się dzieje?- zapytał troskliwym głosem. Miałam wrażenie, że mu naprawdę na mnie zależy. Ale czemu?
- Czego ty ode mnie chcesz? - nie ukrywałam złości. 
- Cass...- odgarnął mi niebieski kosmyk z twarzy, zakładając go za ucho.- Nie jesteśmy w szkole. Nikt nas nie widzi, ani nie słyszy. Nie musisz udawać, że jesteś taka twarda, jak wszyscy myślą. Wiem, że pod tą powłoką kryje się delikatna dziewczynka, którą skutecznie próbujesz stłamsić. Możesz mi powiedzieć co cię tak martwi? Masz przecież urodziny... Nie można smucić się w swoje urodziny.
- Urodziny- prychnęłam.- Co jest w nich takiego wyjątkowego? Zwykły pieprzony dzień. Więc dlaczego nie mogę w taki dzień płakać? Po co mam udawać, że wszystko jest w porządku, skoro tak nie jest i nigdy nie było?- wyrwałam mu się i zaczęłam biec w stronę wyjścia z parku. Jednak nim nawet dotarłam do ścieżki, James dogonił mnie. Ku mojemu zdziwieniu, złapał mnie i po prostu przytulił. Nie wiem czemu to zrobiłam, ale po prostu rozkleiłam się jak dziecko. Wszystkie emocje w końcu wypłynęły ze mnie, roztrzaskując maskę, którą zawsze zakładałam na siebie. Ukrywałam się, udając kogoś innego. W ten sposób nie chciałam, aby mnie ktoś zranił. Z czasem nauczyłam się, że to dobra metoda. Ale konsekwencje były bolesne. Przeprowadzając się tutaj, zaufałam komuś. Zwierzyłam się ze swojej tajemnicy i nie zawiodłam się. Ale gdyby teraz Letty odwróciła się przeciwko mnie, nie wiem czy dałabym radę to przeżyć. 
- Wiem, że marnie zaczęliśmy, ale obiecuję, że możesz mi zaufać. Możesz mi opowiedzieć co ci leży na sercu, a ja nikomu nic nie zdradzę. A ty musisz obiecać, że nie wspomnisz nikomu, że wyszedłem ze swojej roli aroganckiego dupka. 
Zaśmiałam się przez łzy. Wcześniej nie zauważyłam tego, ale teraz to wyczułam. To było ta sama przyjazna energia, którą wyczuła u tego nieznajomego przed moim domem. Który regularnie o piątej pojawiał się na ulicy i wpatrywał się we mnie, gdy spoglądałam na niego z okna. Ale James nie był nim. Nie był moim prześladowcom. Więc mogłam mu zaufać i właśnie zamierzałam to zrobić. 
Obydwoje zajęliśmy miejsce przy brzegu małego stawu. Pozwoliłam mu się objąć, czym dodał mi otuchy.
- Gdy miałam cztery latka uczestniczyłam w wypadku- zaczęłam, czując jak moja dolna warga zaczyna się trząść.- Spałam, a gdy się obudziłam nasze auto wylądowało w jeziorze. Płakałam i wołałam moich rodziców, ale oni byli nieprzytomni. Auto powoli całkowicie się zanurzało, a my nie mogliśmy się wydostać. Ciągnęłam za pas, ale on nie chciał puścić. To było moje małe więzienie. Walczyłam, ale od początku byłam na straconej pozycji. Czułam jak do moich płuc napływa coraz więcej wody. Zamknęłam oczy i po prostu odpłynęłam. - Nawet siedząc obok wody, czułam ten sam ból, jak tamtej nocy. Wzięłam głęboki wdech, próbując się uspokoić.- Lekarze mówili, że po obudzeniu wołałam jakiegoś mężczyznę, który mnie uratował. Zaniósł mnie do szpitala, ale nikt nie widział jego twarzy. Mówili, że nazwałam go anioł, ale ja tego nie pamiętam. Jedynie to, co działo się przed wypadkiem i to, gdy obudziłam się po tygodniowej śpiączce. Ciotka siedziała obok mnie, nie opuszczając swojego miejsca przez kilka dni. Pilnowała mojego oddechu, gdy na początku przeżyłam dwie śmierci kliniczne. Siedziała i mnie obserwowała, ale ja nie znałam tej kobiety. Nigdy jej nie widziałam, chociaż moja mama wspomniała kiedyś, że ma siostrę. Porzuciła wszystko, aby się mną zająć. 
- Ale nie to cię martwi- powiedział chłopak, gdy zbyt długo milczałam.- Ten wypadek... obwiniasz się za niego?
- Właśnie skończyłam cztery lata i marudziłam im, żeby zawieźli mnie do stadniny na kucyki. Prosiłam, aż w końcu ulegli i zgodzili się mnie zawieźć. Gdyby nie ja, nie bylibyśmy wtedy tam. To była wyłącznie moja wina, że się tam znaleźliśmy.
Co roku siadałam przed jakimś stawem, czy jeziorem, przypominając sobie ten cały dzień. Musiałam samotnie i w spokoju przemyśleć to wszystko na nowo. Chociaż może nie powinnam robić tego sama, bo teraz, gdy opowiedziałam o tym James'owi, czułam ulgę. 
- Nie powinnaś się obwiniać. To nie była twoja wina- ręką pogładził moje plecy.- Cass, nie powinnaś pozwolić żeby przeszłość wciąż cię dręczyła. Owszem, to dzięki niej jesteśmy tym kim jesteśmy. Przykro mi, że spotkało cię takie nieszczęście, chociaż na nie nie zasługujesz. Musisz w końcu iść dalej i przestać udawać. 
Zaśmiałam się bez krzty wesołości. 
- I pozwolić takim dupkom jak ty się ranić? Nie dziękuje. Wolę już sama palić się w swoim ogniu, niż dorzucać do niego drewna- wyswobodziłam się z jego uścisku. 
Popatrzył na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, jakby błagał abym nie odchodziła. Tym spojrzeniem prosił mnie, ale również pragnął mi coś powiedzieć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że już kiedyś widziałam te oczy. Nie wiedziałam, jakim cudem jego aura zawsze była zielona, albo w ogóle jej nie było, ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Może właśnie dzięki barwie jego tęczówek mogłam odczytywać jego nastrój?
- Cass... muszę ci coś powiedzieć- zaczął, ale ja natychmiast mu przerwałam.
- Nie, James. To co się stało, było zwykłą chwilą słabości. Nie jestem taka, jak myślisz. Oprócz Letty, nikt nie wie co się wtedy stało, więc mam tylko jedną prośbę. Albo zachowasz te informacje dla siebie, albo o nich zapomnisz. Nie zamierzam traktować cię inaczej niż przedtem. Nadal cię nie lubię i nie będę tego ukrywać. 
- Cass, posłuchaj... Wiem, za kogo mnie uważasz, ale może pomyślałaś, że tak jak ty, ja również udaję kogoś innego?
Chłopak stanął przede mną. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Wiedziałam, że zapragnęłabym tu zostać i dalej z nim gawędzić, ale, jak sam powiedział, życie toczy się dalej. Chciałam zapomnieć o wypadku. O tym, kim jestem i co potrafię. Ale jak miałabym to zrobić, skoro na każdym kroku przeszłość dawała o sobie znaki?
Zamiast spojrzeć na niego, popatrzyłam na cień, migoczący tuż za nim. Przez chwilę myślałam, że moja skrzydlana teoria rzeczywiście istniała, ale wiedziałam, że to niemożliwe.
- Chciałem pogadać z tobą, na temat imprezy...- miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Właśnie otworzyłam się przed kimś, komu nawet nie powinnam powiedzieć jaką kawę codziennie piję. Albo, że w nocy tulę się do Percy'ego, jakby była to ostatnia rzecz, jaką miałam zrobić przed śmiercią, a on olał to. Ale tak szczerze. Na co w ogóle miałabym liczyć? On był zwykłym dupkiem, przed którym musiałam znowu założyć swoją maskę.- Pamiętasz coś z tamtej nocy?
- Niestety- bąknęłam.- Ale moglibyśmy o niej zapomnieć?
- Nie, Cass. Musisz mi opowiedzieć co dokładnie widziałaś. 


***

Jak miło wejść na bloga i zobaczyć wiadomość, iż ktoś nie może doczekać się kolejnego rozdziału <3
No więc... Z następnym będzie szybciej ( a przynajmniej mam taką nadzieję).
Co mogę jeszcze powiedzieć? Kończą się wakacje i zaczyna się ciężka praca! Ta... mnie też te słowa strasznie podtrzymują na duchu. Jedynie mam nadzieję, że ten rok będzie o wiele lepszy niż poprzedni. No i może w końcu spełnię swoją obietnicę, że tym razem wezmę się za naukę? Hm... mam taką nadzieję ;*
Miłej końcówki wakacji!
A i zaraz zabieram się za nadrabianie u Was rozdziałów!
Pozdrawiam ;*
Seo






Korekta  pinkieee heaart


niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział 2 "Przyszłość, która nigdy nie nadejdzie".

            

Zapraszam do oddania głosu w ankiecie, w której bierze udział mój blog : Cien-upadlej-gwiazdy.blogspot.com
Dziękuje za każdy oddany głos!



         Czułam ciepły oddech na swoim karku. Jego delikatna dłoń muskała moją skórę. Kierował ją wzdłuż mojego ramienia, wzbudzając dziwne dreszcze w miejscach dotknięć. Bałam się, choć nie wiedziałam czego. Ale  jednocześnie czułam niesamowitą ekscytację. Coś się szykowało. Coś wielkiego.
Jednym ruchem ręki, obrócił mnie twarzą do siebie. Spojrzałam w jego brązowe oczy, chcąc całkowicie się w nich zatracić. Uśmiechnął się do mnie, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Trącił mój nos swoim i tym razem to ja się uśmiechnęłam. Między nami nie było żadnego wolnego miejsca. Przytuleni do siebie, tworzyliśmy jedność. Dłoń Jaksona otaczała moją talię, drugą zaś ujął mój policzek. Czułam się wspaniale. Obydwoje cieszyliśmy się swoim towarzystwem, chociaż coś... coś krążyło wokół nas, ale nie chciałam o tym myśleć. Niech ten cień za nami, robi sobie co chce, tylko żeby nie ważył się przerywać tej chwili. W końcu mogłam być z nim, a on należał do mnie.
     Jego usta znalazły moje. Ciepło jego miękkich warg, wzbudziło dodatkowy dreszcz na moim ciele. Miałam wrażenie, że ktoś otworzył zakazane drzwi mojego umysłu, uwalniając skryte w nim przyjemności.
Całował delikatnie, lecz zmysłowo. Pieścił mnie swoimi ustami. Oderwał się ode mnie, gdy obojgu nam zabrakło tchu. Wolną ręką znów przeczesał moje włosy. Widziałam jak jego oczy błyszczą szczęściem. Moje zapewne mogłyby kogoś oślepić. Jakson złożył jeszcze delikatny pocałunek na moich ustach, a jego brązowe loki zatańczyły wraz z nim. Widziałam jak jego wargi się rozchylają. Był gotowy do wypowiedzenia tych dwóch słów. Dla mnie najważniejszych. Dwa wyrazy, opisujące nasze uczucia do siebie.
Rozszerzył wargi i...
- Miau...
Zmarszczyłam brwi, wpatrując się w niego. Znowu się uśmiechnął i wyjąkał kolejne miauknięcie.
- Miau...- poczułam jak coś szturcha mnie w dłoń. W jednej sekundzie zniknął Jakson. Zniknęliśmy oboje, w dwóch różnych ciemnościach pomieszczenia, nie wyczuwając swojej obecności.
- Percy...- jęknęłam, uświadamiając sobie, że mój kot próbuje mnie obudzić.- Jak mogłeś- przewróciłam się na drugą stronę, próbując wrócić do mojego pięknego snu. Boże... Jakson wróć!
Miękka, puchata łapka, trąciła mnie w ramię. Otworzyłam oczy, dostrzegając szarą kępkę futra, siedzącą przede mną. Wyciągnęłam ku niemu dłoń i podrapałam kota za uchem.
- Głodny?- zapytałam, na co on odpowiedział mi miauknięciem.
Wstałam, trzymając zwierzaka w rękach. Percy'emu bardzo się to spodobało. Gdy weszliśmy do kuchni, kotek zeskoczył, siadając przed swoją miską. Wyciągnęłam z lodówki jego jedzenie, którym uzupełniłam metalową miseczkę. Dla siebie wyciągnęłam butelkę cherry cook.
- Następnym razem jak obudzisz mnie o szóstej, oddam cię do schroniska- zagroziłam. Zwierze nie przejęło się moimi słowami, tylko grzecznie sobie jadło. Oczywiście, że nigdy bym go nie oddała. Był ze mną już od trzech lat, tak jak Timmy. W końcu to był jego kot, a on bardzo się uparł, że chce go mieć przy sobie. Byłam zbyt niedoświadczona, aby dokonać tej decyzji. Nie wiedziałam, że będzie z nim tyle roboty... Ale chłopczyk obiecał, że się nim zajmie. Wychodził z nim kilka razy dziennie. Często się też z nim bawił, ale karmienie go pozostawało mi. Jeśli chodzi o koty... one są tak jakby naszymi przewodnikami. Szczerze, to nie wiem o co w tym dokładnie chodzi, ale Letty opowiadała mi, że osoby, które widzą duchy- czyli ja- są pośrednikami, którzy kierują martwe dusze na drugą stronę, a koty kierują nas, do najbardziej potrzebujących pomocy dusz. Wiem, to trochę pogmatwane. Zresztą, ja sama ledwo to rozumiem. Jedyne co wiem, to to, że Percy tak samo jak ja, widzi duchy.
- Tim- jęknęłam na tyle cicho, aby ciotka się nie obudziła. Blondynek przeszedł przez ścianę, stając przede mną. Splótł swoje ręce za plecami, a głowę miał spuszczoną w dół, wpatrując się w swoje sandałki.
- Tak?- zapytał niewinnie.
- Co Percy robił u mnie w pokoju?
- Był głodny. Chciałem cię obudzić, ale on mnie uprzedził.
Może w innym wypadku nie byłabym zła, ale Jakson właśnie miał mi wyznać miłość! To chyba każdą dziewczynę by wyprowadziło z równowagi...
- Ech...- westchnęłam.- Pirat?
Tim ochoczo pokiwał głową. Jego ulubioną zabawą z Percy'm, była gra w pirata. On odgrywał rolę ducha, nawiedzającego statek-nasz dom- a kot... udawał jego papugę.
- Właśnie mieliśmy kończyć- powiedział smutnym głosem. Poczułam dziwne dreszcze na skórze. Coś było nie tak. - Kapitan Puszek wystraszył się i mi uciekł- przyznał chłopczyk.
Wzięłam duży łyk coli, nim przetrawiłam jego słowa. Gdy tak się stało, niemal zakrztusiłam się napojem.
- Czego się wystraszył?! Tim! Znowu chciałeś mu ogolić ogon?!
- Nie!- zaprzeczył błyskawicznie.- Puszek powiedział, że jeśli jeszcze raz coś takiego zrobię, to nie będzie się więcej ze mną bawił... Chociaż ja go nie rozumiem. Żadna papuga nie ma tak włochatego ogona!
- Tim, możesz mi w końcu powiedzieć czego się wystraszył?- nie ukrywałam, że moja cierpliwość powoli dobiegała końca. Byłam niewystana, mój piękny sen został przerwany, a za niecałe dwie godziny, będę siedziała i usypiała na ławce, śliniąc się jak bernardyn.
- Ach, to? Wystraszył się tego pana pod naszym domem.
Zerwałam się jak wicher, chociaż o wiele ciszej, i podeszłam do okna. Rzeczywiście, ktoś stał pod domem, ale nie bałam się go. Wręcz przeciwnie, chciałam podejść do niego i porozmawiać, co było zdecydowanie zbyt dziwne. Nawet jak na mnie.
Ciemna postać, wciąż tam stała i... tak jakby, gapiła się na mnie.
- Tim- szepnęłam, chociaż kto mógłby mnie usłyszeć? Jedynie ciotka, ale na pewno nie on.- Możesz sprawdzić jak on wygląda?
- Co? Ja?- wycofał się trochę do tyłu.- Przepraszam, ale on mnie przeraża... Miałem wrażenie, że mnie widział, ale to chyba niemożliwe.
- Widziałeś go?
- No tak... Jest straszny. Cassie, nie chcę o tym mówić. Boję się go.
Jego wyznanie mną poruszyło. Ale czego mogłam się spodziewać? Był jeszcze chłopczykiem. Dzieckiem, a ja nie mogłam go do tego zmusić. W końcu nie tak łatwo można przestraszyć ducha. Więc ja chyba też powinnam zacząć się bać...
- Nic nie szkodzi- zapewniłam.
Zerknęłam jeszcze raz na okno, ale nikogo nie dostrzegłam na zewnątrz.
- Cassie... mogłabyś mi przeczytać bajkę?
Uśmiechnęłam się. No to chyba znalazłam zajęcie, póki nie będę musiała zebrać się do szkoły.



- Zdefiniuj stał pod moim domem- jęknęła Letty, na długiej przerwie. W tym momencie zaczęłam żałować, że w ogóle jej o tym opowiedziałam. Piąty raz z rzędu, zadała mi to samo pytanie. 
- Normalnie- wzruszyłam ramionami.- Stał i gapił się na mnie.
- A Timmy?
- Wystraszył się go. Co było bardzo dziwne, bo na mnie nie wywarł takie wrażenia. Wydawał się całkowicie przyjazny. 
- Mówił ci już ktoś, że jesteś stuknięta?
Uśmiechnęłam się do niej i wzruszyłam ramionami. Tak, słyszę to co najmniej raz w tygodniu, ale nie powiedziałam jej to, bo to ona mi to mówiła.
- Jakiś gość podglądał cię o piątej rano...
- Szóstej- poprawiłam ją.
- ... a ty mówisz, że był przyjazny? I nie wywarł na tobie złego wrażenia? Nie oglądałaś tych wszystkich programów, gdzie zwykle porywacz sprawdza swoje ofiary? Szuka najlepszego momentu, aby zaatakować? Rany, gdzie byłaś, gdy pani Stark opowiadała o napaściach seksualnych?!
- Zapewne w Georgii, albo na Florydzie. Nie jestem pewna kiedy to było.
- Cass! Mówię poważnie! Powinnaś powiedzieć o tym Mary. Może to na nią czyha ten zboczeniec?
Przewróciłam oczami. No dobra... miała rację, ale Scarlett słynęła z tego, że często wszystko wyolbrzymiała. I teraz też może się mylić.
- Kto na kogo czyha?- usłyszałam męski głos za sobą. Zanim się jednak odwróciłam, spojrzałam w oczy mojej przyjaciółki. Iskry pożądania, niemal ją spalały od środka.
- Mam nadzieję, że nasz mały elfik na mnie- ponownie odezwał się chłopak.
- Taaak- przyznałam z kpiną.- Wciąż czekam na odpowiednią okazję, aby zamknąć cię w schowku woźnego i przygwoździć swoimi ustami.
James usiadł obok mnie, a jego dłoń znalazła się na moim ramieniu. Oczywiście zaraz ją zrzuciłam, jak tylko ją poczułam.
- Nie musisz czekać tak długo. Możesz od razu się na mnie rzucić- odparł rozbawiony.
- A wtedy miałabym oddać cały sprzęt szpiegowski Letty? Skądże!
- Masz sprzęt szpiegowski?- zdziwiony, zwrócił się do mojej przyjaciółki.
- Tak, a w piwnicy trzymam trzygłowego psa- potwierdziła.- Chcesz poznać Burka? Bardzo lubi poznawać nowych ludzi. Szczególnie, gdy są tacy ładni.
James uśmiechnął się, a ona zalała się rumieńcem. Chciałam parsknąć śmiechem, ale wiedziałam, że ona by mnie za to zabiła. Przyznała się właśnie, że ten idiota jej się podoba. A tak w ogóle, kto chciałby być z kimś takim?
- Nie masz nic ciekawszego do roboty?- zapytałam się go, chcąc uwolnić nas od obecności tego palanta.
- Właściwie nie- ponownie się do mnie uśmiechnął. I tym razem dostrzegłam niebieską barwę jego oczu. Może nosił kolorowe kontakty? Tylko, że coś było nie tak. Jego aura była zielona... a ja nie słyszałam żadnych jego myśli. Jakby miał kompletną pustkę w głowie. A może miał?
- No cóż... jak widzisz jesteśmy bardzo zajęte, więc lepiej jakbyś już poszedł- próbowałam powstrzymać śmiech, wywołany ostatnią myślą. - Ej!- jęknęłam, gdy podebrał mi frytkę.- Zapłaciłam za to...
- W takim razie będę się musiał jakoś odwdzięczyć- kolejne frytki zniknęły z mojego talerza, a jego uśmiech pogłębił się.- Macie jakieś plany na dzisiejszy wieczór?
Piątek.... Jakie plany mam na piątek? Oprócz odbycia kary w bibliotece i półgodzinnej terapii z doktor Palmer, nic nie miałam do roboty. Jak zwykle wpadłabym do Letty na noc filmową, albo udałybyśmy się gdzieś razem.
- Nie
- Woskowa depilacja nóg- jęknęłam w tym samym czasie co ona. Dzięki temu zostałam obrzucona jej zabójczym spojrzeniem.
Ciemnowłosy roześmiał się, a dłonią przejechał po mojej nodze. Taa... mogłam jednak założyć zwykłe spodnie, a nie te krótkie spodenki, które doradzał mi Tim.
- Są idealnie gładkie- powiedział, a ja odsunęłam się od niego.
- Bo o nie dbam.
- Więc nie wpadniecie do mnie na imprezę?- zapytał wyraźnie zasmucony. Musiałam przyznać, że chłopak potrafił grać.
- Z przykrością muszę odmówić. Ale no wiesz... moje nóżki domagają się uwagi.
Scarlett kopnęła mnie pod stołem, przez co jęknęłam.
- Jeśli chcesz iść na jego imprezę, to idź. Nie musisz mnie kopać pod stołem, żebym poszła z tobą- powiedziałam, masując obolały piszczel. Kolorki znów zawitały na jej twarzy.
- Myślę, że twoja przyjaciółka, chce ci powiedzieć, że nie chce iść sama. Będzie tam dużo pijanych osób, więc coś mogłoby jej się stać.
- Może też nie iść. Albo nakładać wosk na moje nogi. Ja na jej miejscu wybrałabym tą drugą opcję. Wydaje się o wiele bardziej interesująca.
- Och, Cass! Przestań marudzić. Kiedy ostatnio byłaś na jakieś imprezie? Nie licząc tej urządzonej przez mojego brata?
Jeśli chodzi o moje życie towarzyskie... To miała rację. Prawie nie istniało. Nie miałam czasu na takie bzdety. Musiałam dużo nadrobić przez te przeprowadzki, a praca znaleziona na wakacje, nie dała mi żadnej wolności. Ale przynajmniej zarobiłam dużo pieniędzy.
- Zastanowię się nad tym- mruknęłam w odpowiedzi. - A teraz wybaczcie- wstałam i otrzepałam swoją bluzkę z nieistniejącego pyłu.- Biblioteka wzywa!
No dobra. Nie biblioteka, tylko chęć rozmowy z jej pracownicą. Musiałam porozmawiać z panią Stelee.
Jak zwykle zastałam ją przed biurkiem. Przeglądała jakieś stare papiery, ale szybko dostrzegła moją obecność. Przysiadłam obok niej i sięgnęłam do kartonu. Były w niej stare kartki i książki z informacją o szkole. Kroniki i takie tam.
- A gdzie ten uroczy młodzieniec, który z tobą przychodził?- zapytała w pewnej chwili, gdy podawałam jej kolejne kartki.
- Kto? James? On wcale nie jest uroczy- zaprzeczyłam, chociaż kłamałam. Dla mnie on nie był, ale wszystkich wokół oczarowywał. Oczywiście wszystkich, oprócz mnie.
- Coś między wami jest?
- Nie!- odparłam od razu. Może zbyt szybko?- Nic między nami nie ma. Zresztą, podoba mi się ktoś inny...
- Ach! Młodzieńcza miłość!- wykrzyknęła z radością, przez co nieco się spłoszyłam. Ale na szczęście o tej porze nikogo tu nie było, więc nikt nas nie usłyszał.- Pamiętam jak pierwszy raz spotkałam Henry'ego- rozmarzyła się.- Niezły z niego był rozrabiaka. Byłam wtedy ze Carlem, a on wrzucał mi żaby do plecaka. W ten sposób chciał pokazać, że mnie lubi, ale ja wtedy byłam po uszy zakochana w Carlu. Jeszcze częściej zaczął mi płatać figle- zachichotała.- Zrobił na mnie wrażenie, gdy...- zamilkła na chwilę.- No cóż... Myślę, że jesteś jeszcze zbyt młoda na takie historie, ale wiedz, że w końcu zwrócił moją uwagę i opłaciło się mu. Byliśmy szczęśliwym małżeństwem przez ponad czterdzieści lat. Ale niestety, wszystko kiedyś musiało się skończyć.
- Co się stało?- zapytałam. Zawsze chciałam o to spytać. Pani Stelee dużo mi o nim opowiadała, ale nigdy nie dowiedziałam się, jak ich miłość się skończyła.
- Śmierć się stała, kochanie- uśmiechnęła się, chociaż ten uśmiech przepełniony był smutkiem.- Guz mózgu. W końcu przyszedł na niego czas i musiał odejść ode mnie. Ale wciąż zajmuje stałe miejsce w moim sercu.
- Przepraszam- bąknęłam zażenowana.
- Ależ nie musisz! Skarbie, na każdego przyjdzie kiedyś pora. Niektórzy niestety nie mają tyle czasu co my. Ty chyba wiesz najlepiej jak to jest.
Zmarszczyłam brwi. Co to znaczyło, że wiem? Przecież nie mówiłam jej o moich rodzicach... chyba, że ona mówi zupełnie o czymś innym. Ale skąd...?
- O czym pani...
- James! Słonko, choć tutaj!- krzyknęła, przerywając mi tym.- Pomóż tej młodej damie, bo ta staruszka już nie wyrabia!- chłopak ruszył w naszą stronę, a bibliotekarka spojrzała na mnie wesoła.- Bierz go póki możesz. Ten twój James tak bardzo przypomina mi Henry'ego... Następnym razem nie odpychaj go, gdy będzie chciał cię pocałować- mrugnęła do mnie okiem, po czym spokojnie, z udawanym bólem pleców, odeszła od nas. Skąd ona mogła wiedzieć o naszym pocałunku?! Znaczy niedoszłym pocałunku... Och!
- Zastanowiłaś się nad moją propozycją?- uśmiechnął się do mnie zalotnie.
- Hm...?- mruknęłam, zajmując się książkami.
- Impreza. Dzisiaj. W moim domu. Ja i ty, sam na sam w...
- Nie- zaprzeczyłam, choć w mojej głowie pojawił się nasz wspólny obraz. Jedynie co mogłam zrobić, to skrzywić się z obrzydzenia.
- Nawet nie dokończyłem...
- Nie musiałeś. Przykro mi, ale wolę bolesne woskowanie, niż spędzenie z tobą jakiejkolwiek chwili dłużej.
- Jestem aż tak zły?- przytaknęłam.- Ał!- położył dłoń na piersi, udając ból.- Zraniłaś moje ego.
- A da się go w ogóle zranić?- spojrzałam na niego, unosząc jedną brew do góry.
- Ty potrafisz...
Czyżby był smutny? Jak mi przykro... Zasłużył sobie, po tym jak chciał mnie pocałować.
- Jeśli chodzi o nasz pocałunek...
Czy on potrafił mi czytać w myślach?!
- Jaki pocałunek? Przecież się nie całowaliśmy! Nie czułam twoich warg na swoich, więc to chyba nie można nazwać pocałunkiem- przerwałam mu, gadając jak najęta.- Więc to nie był pocałunek.
Nie zauważyłam, gdy zbliżył się do mnie. W jednej sekundzie stały się niemal dwie rzeczy. James mnie pocałował- a przynajmniej chciał, bo tylko musnął moje usta, a ja uderzyłam go otwartą dłonią. Nie spodziewał się tego. I dobrze! Zasłużył sobie na to.
- Chyba ci powiedziałam co się stanie, jeśli będziesz chciał mnie pocałować. Następnym razem nie będę taka miła.
Chłopak dotknął policzka, na którym malowała się moja odbita dłoń. Jego usta wykrzywił grymas.
- Skąd wiesz, że będę chciał cię jeszcze raz pocałować?
- Próbowałeś dwa razy- rzuciłam zła.- Należysz do tej grupy aroganckich dupków, którzy za wszelką cenę dostają to, czego chcą. Nawet kosztem innych. Jesteś zbyt dumny, aby przyznać się do błędu, więc to się nie skończy, póki mnie nie pocałujesz. Albo przynajmniej nie przelecisz. Nie wiem co dokładnie planujesz, ale gówno mnie to obchodzi. Nie chce brać udziału w tej grze.
- Masz rację- przyznał, co mnie kompletnie zbiło z tropu.- Jestem aroganckim dupkiem, który pragnie dostać to czego chce. Chciałem cię przeprosić za ten pocałunek, ale sama stwierdziłaś, że to nie był pocałunek, a ja już przeprosiłem, co takie aroganckie dupki jak ja rzadko to robią. Więc musiałem zrobić to, za co już przeprosiłem.
- To były przeprosiny?- rzuciłam z kpiną.
- Nie dałaś mi dokończyć!
- Przykro mi- wzruszyłam ramionami.
Chłopak otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale pani Stelee na szczęście go uprzedziła.
- Na dzisiaj już skończyliście- powiedziała. Nie ukrywałam swojego zdziwienia. Przecież mieliśmy jeszcze dużo roboty, a pracowaliśmy zaledwie... pół godziny? No może ja, bo ten dupek przyszedł tu jakieś pięć minut tamu.- James prosił mnie o dzień wolnego, bo ma jakieś ważne sprawy do załatwienia. Zresztą, i tak nie ma dzisiaj żadnego ruchu.
Ta... trochę nieudolne kłamstwo, jak na nią.
- Dziękuje za wyrozumiałość, pani Stelee. Mój dziadek bardzo się ucieszy z dzisiejszej wizyty. Przynajmniej będę mógł spędzić z nim trochę więcej czasu niż zwykle.
On też kłamał. Super... Czy jestem jedyną osobą, która nie dała się nabrać na ten głupi teatrzyk?
Sięgnęłam po swoją torbę, chcąc iść, ale bibliotekarka przytrzymała mnie za ramię.
- Dzisiaj wybrałam dla ciebie mały romansik- podała mi książkę, którą schowałam do swojej torby. Uprzejmie podziękowałam i wyszłam stamtąd. Nie wiedziałam co ona kombinuje, ani co wymyślił sobie James, ale denerwowały mnie te gadki. Staruszka chciała mnie związać z nim? Po moim trupie! A te aluzje, które cały czas wysyłała w moją stronę, mogła sobie w sadzić do... No dobra, trochę mnie poniosło. Chciała dobrze, a ja to nie doceniałam. Może dlatego, że James nie był Henry'm? A ja nie byłam w nim zakochana. Wręcz przeciwnie. Nie cierpiałam go.
Ku mojemu nieszczęściu, dogonił mnie tuż za wyjściem z biblioteki. Znowu zaczął mnie przekonywać, żebym wpadła na jego imprezę.
- Dlaczego ci tak na tym zależy, żebym do ciebie wpadła?
- No cóż, nie codziennie słyszę, że ktoś czyha na mnie, chcąc zamknąć w schowku Stephana.
- Chciałbyś- mruknęłam.
- Oczywiście, że bym chciał- posłał mi promienny uśmiech.- Ale chciałbym też, abyś wpadła z Scarlett.
- Och, ona na pewno wpadnie. W przeciwieństwie do mnie- przystanęłam na chwilę i spojrzałam w jego niebieskie oczy.- No mów. Dlaczego chcesz, abym przyszła?
- Bo nikt mnie tak nie wkurza jak ty- i znowu ten uśmiech!
- Cholera, to dość mocny argument, żebym znów była dla ciebie miła- James prychnął, po czym zapytał się mnie, czy kiedykolwiek byłam dla niego miła.- Hm... Przywaliłam ci dwa razy w nos- przypominiałam mu.
- I raz w twarz. To jest według ciebie miłe?
- Ja na twoim miejscu na nic więcej bym nie liczyła- no dobra, tym razem ja się do niego uśmiechnęłam, ale to się więcej nie powtórzy.
- Czy perspektywa spędzenia ze mną czasu poza szkołą i z własnej woli, jest aż tak dla ciebie odrażająca?
- Odrażające są dla mnie pająki i inne owady. Odrażający jest dla mnie widok mojego sąsiada, który wychodzi rano po pocztę bez koszulki. Odrażające mogą być nawet dzieci, ale nie ty. Ty jesteś po prostu obrzydliwy.- Tego raczej się nie spodziewał. W sumie ja też, ale jeśli nawet zraniły mnie jego słowa, to nie dawał po sobie żadnego znaku. Po prostu uśmiechnął się do mnie, a w jego oczach zawitały figlarne iskierki.
- To znaczy, że przyjdziesz na moją imprezę?




               Leżałam na tapczanie, ze wzrokiem utkwionym w suficie. Zwisał z niego niewielki żyrandol, dosyć skromnie dobrany, do antycznych mebli, które wypełniały ten pokój. Czułam zimny powiew na swojej skórze, spowodowany włączeniem niewielkiego wiatraka. Młoda kobieta, tuż przed trzydziestką, siedziała na skórzanym fotelu, zawzięcie zapisując coś na kartce. Co chwilę spoglądała na mnie, bądź poprawiała swoje okulary na nosie. Doktor Palmer była bardzo sympatyczną osobą. Naprawdę potrafiła dotrzeć do mnie tak, abym nie bała się przed nią otworzyć. Sprawiła, że jej zaufałam.
Oderwała pióro od białej kartki i tym razem na dłużej na mnie spojrzała. Poprawiła swoją krótką spódniczkę, po czym odezwała się do mnie.
- Zdarzyło się coś jeszcze od naszej poprzedniej wizyty? Coś o czym chciałabyś porozmawiać?
Oprócz tego, że moje umiejętności nieco zmniejszyły się? Muszę się bardziej skupić, żeby dotrzeć do czyjegoś umysłu, aby usłyszeć czyjeś myśli, albo mogę opowiedzieć jej o pojawieniu się nowego chłopaka w mojej szkole, który strasznie mnie wkurza? Chyba, że wspomnę o nieznajomym, który kręcił się koło mojego domu...
- Nie- odpowiadam po chwili wątpliwości. Pani Theresa zmierzyła mnie krzywym spojrzeniem, unosząc jedną brew do góry. Ta... kiepsko wychodzą mi kłamstwa. Może dlatego nie kłamię?
- Jestem pewna, że coś jednak przede mną ukrywasz.
- Nic nie ukrywam przed panią- przyznałam, chociaż postąpiłam trochę niewłaściwie. Terapeutka znała moje najskrytsze problemy, ale czy w nie wierzy?
- Tess. Ile razy mam ci mówić, że nie jestem panią- uśmiechnęła się do mnie.
- Tess- powiedziałam, biorąc głęboki wdech.- Po co mam ci to mówić, skoro i tak w to nie wierzysz? Dlaczego mam dzielić się z tobą tajemnicami, skoro później je wyśmiejesz?
- Przecież wiesz, że tego nie zrobię. Nigdy bym cię nie wyśmiała, a to, że nie mówię otwarcie, że wierzę w twoje umiejętności, nie znaczy, że tak nie jest.
- A gdybym ci powiedziała, że Elvis Presley stoi za tobą i zerka w twoje notatki? Uwierzyłabyś mi?
- Oczywiście, że nie- uśmiechnęła się do mnie, chociaż ja... można by powiedzieć, że się trochę załamałam. Albo zawiodłam.- Po pierwsze: Ja i Elvis niezbyt za sobą przepadamy, więc czemu miałby mnie odwiedzić? Po drugie: to nie są notatki- powiedziała, po czym podała mi swój notes. Rzeczywiście. To nie były żadne notatki, tylko kurczak. Wielkie pisklę narysowane na papierza, trzymające w swoich skrzydełkach jeszcze większe jajko, na którym było napisane Zjedz mnie!
Wybuchnęłam śmiechem.
- No dobra, to nie jest Elvis- przyznałam.
- Wybacz, jestem trochę głodna. Masz ochotę zjeść ze mną spóźniony lunch? Miranda zamówiła dla mnie kanapki z Tia Cafe.
- Nie dziękuje- potrząsnęłam przecząco głową.- Nie jestem głodna.
- Żałuj. Ale nie będziesz miała nic przeciwko, jak ja sobie zjem? Mam przed sobą jeszcze trzy wizyty ze strasznymi gburami. Wiesz, niektórym strasznie bije, gdy mają tyle pieniędzy. Ale to nie znaczy, że mogą poniewierać ludźmi. Chociaż rozumiem. Mają te swoje problemy, ale muszą zawalać mnie nimi?
Odchrząknęłam rozbawiona.
- Wiesz... myślę, że jako terapeutka, powinnaś ich wysłuchać.
- Och, Cass. Oczywiście, ale czy do zakresu moich obowiązków jest szukanie im nowej sprzątaczki? Albo rezerwowanie stolika w jakieś kilku gwiazdkowej restauracji? Jeden nawet uczestniczył ze mną w wizytach, licząc na ostry seks po godzinach. No, ale masz rację- dodała, widząc moje rozbawienie.- Jestem w końcu twoją terapeutką, a nie ty moją. Opowiedz mi o tych duchach. Są tu jakieś w moim gabinecie?
- Nie- zaprzeczyłam.- Chodzi o to, że... coś się zmieniło. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale moje umiejętności chyba zanikają.
- To chyba dobrze? Przecież chciałaś się ich pozbyć.
- Długo z nimi walczyłam, ale w końcu postanowiłam zaakceptować to kim jestem. Teraz, gdyby one całkowicie zniknęły, byłoby mi trudno. Zbyt dużo czasu poświęciłam, aby je przyjąć jako dobrą część mnie.
- Jest coś jeszcze. Prawda?- zapytała, dostrzegając moje spojrzenie.
- Nie chce zostać sama- przyznałam.- Gdyby one zniknęły, nie mogłabym widzieć już więcej Timma, ani Florenca- wypuściłam głośno powietrze.- Może rzeczywiście to dobrze? Może w końcu powinnam żyć jak inni nastolatkowie?
- Cass. Wiedz, że nigdy nie zostaniesz sama. Czy dzięki swoim umiejętnością, czy też bez nich, zawsze znajdzie się ktoś, komu na tobie zależy. Jednak cieszę się, że sama to przyznajesz. Musisz poświęcać więcej czasu ludziom. Twoja ciotka martwi się, że masz tylko jedną przyjaciółkę.
- Czyli ty też twierdzisz, że powinnam iść na imprezę Jamesa?
- Zdecydowanie tak. I nie pogardziłabym, gdybyś mnie też na nią zabrała. Uwielbiam słodkie galaretki- zamarzyła się na chwilę, wspominając stare dzieje. 
      Niepostrzeżenie, nasz czas minął, a ja musiałam wrócić do domu. Tessa nie przyjęła pieniędzy za tą wizytę, twierdząc, że to ja bardziej pomogłam jej niż ona mi, a ja nie narzekałam. Przynajmniej wpłynęło mi trochę gotówki do portfela. Szczególnie po moim małym wypadzie na zakupy, który był spowodowany kłótnią z tym dupkiem.
        Wracając metrem do domu, mogłam trochę odetchnąć i nacieszyć się samotnością. No, nie było to do końca prawdą, bo wszędzie otaczali mnie jacyś ludzie, ale nikt mnie nie znał. I to było najlepsze z tego wszystkiego. Nie wiedział, dlaczego jestem w takim, a nie w innym humorze. Czemu samotnie stoję, wpatrując się w swoje buty- zastanawiałam się, jak zmyć plamę z ich materiału, na boku buta, ale tego nie mogłam powiedzieć, bo musiałabym zdradzić się, że usłyszałam jego myśli, a to by oznaczało, że jestem „świruską”. Czułam się dziwnie, opuszczając jej gabinet, ale teraz to uczucie się wzmocniło. Przedtem moja energia była nieco przyćmiona, ale teraz jest odwrotnie. Bez problemu słyszałam myśli każdego w tamtym wagonie, ale i też mogłam się wedrzeć do jego umysłu, znajdując co tylko bym chciała. No i ich aura. Jakbym oglądała otwartą książkę, czytając jej zawartość. Żadnych trudności czy czegokolwiek. Chyba nie będę musiała się żegnać z moimi umiejętnościami, ale to nie znaczyło, że nie zamierzałam zbliżyć się do innych, co było bardzo trudne, patrząc na moje wrogie nastawienie do nich. Pierwszy i najważniejszy przykład: James. Dla niego nigdy nie będę miła i pewnie prędzej aniołowie zawitają w Piekle, niż coś między nami się zmieni.
- Cassie!- usłyszałam męski głos za sobą. Zdecydowanie bardzo przyjemny dla moich uszów.
Odwracając się, zauważyłam biegnącego w moją stronę Jaksona. Jego włosy były zmierzwione i nie przypominały już tych chłopięcych loczków. Miał na sobie szarą koszulkę, a do tego wytarte jeansy. Wyglądał seksownie. Zdecydowanie zbyt seksownie, jak na mój gust. Gdy był już wystarczająco blisko, zauważyłam szeroki uśmiech na jego twarzy. - Właśnie do ciebie szedłem.
- Do mnie? Skąd wiesz, gdzie mieszkam?
- Scarlett mi powiedziała. Mam nadzieję, że nie będziesz na nią zła. Chciałem z tobą porozmawiać zaraz po szkole, ale musiałem zostać dłużej na treningu, a gdy poszedłem do biblioteki, powiedzieli mi, że już skończyłaś na dzisiaj.
Nim się obejrzałam, byliśmy już pod moim domem. Weszłam na schody, a z torby wyciągnęłam klucze.
- Wejdziesz?- zapytałam uprzejmie. Dzięki Bogu, jakoś potrafiłam ukryć swoje zdenerwowanie. Pomimo pozorów, strasznie się denerwowałam przed jakimkolwiek kontaktem z nim. Zresztą, ledwo stałam na moich miękkich nogach.
Jakson przecząco pokręcił głową, co było jak strzał w policzek.
- Przepraszam, ale teraz nie mogę, chociaż bardzo bym chciał. Scarlett powiedziała mi, że wybierasz się na imprezę do Jamesa, a ja chciałem się ciebie zapytać, czy nie poszlibyśmy razem. Przyjechałbym po ciebie o ósmej i potem odwiózł do domu.
Na szczęście mój zły humor zdążył się ulotnić, robiąc miejsce radości. A! I oczywiście chęć zemsty na Letty też się pojawiło.
- Obiecuję, że trafisz cała i zdrowa do domu- uniósł dwa palce ku górze, składając przysięgę. Nie mogłam wytrzymać i wybuchłam śmiechem.
- Jasne- zgodziłam się i z radością dostrzegłam, że na jego twarzy wymalowała się wielka ulga.
- Więc widzimy się za półtorej godziny- powiedział, po czym szybko musnął swoimi ustami mój policzek. Poczułam przyjemne ciepło, w miejscu, w którym mnie dotknął. Chciałam więcej.
Jakson zszedł ze schodów i ruszył wzdłuż uliczki.
- Punkt ósma! Pod twoim domem!- powiedział odwracając się w moją stronę. Następnie ruszył biegiem w jakąś alejkę.
Czułam jakby unosiła się kilka metrów nad podłogą. Podśpiewując, weszłam do domu.
- Wróciłam!- krzyknęłam, zatrzaskując za sobą drzwi. Ciotki nie było, gdyż w piątki i we wtorki, wtedy gdy ja miałam wizyty z Tessą, jadła kolacje biznesowe. Z szefem, pracownikami, albo z jakimiś inwestorami.
- Jestem w salonie- odparł chłopczyk. Timmy siedział na kanapie, oglądając jakieś kreskówki, głaszcząc przy tym kota. - Kim był ten pan przed domem?
- Co?- odparłam automatycznie, nie analizując dokładnie jego słów.- Mówisz o Jaksonie? To tylko kolega...
- Cass! Jesteś może chora? Masz takie czerwone policzki.
Dotknęłam swojej twarzy, czując ciepło na dłoni. O matko... Rzeczywiście oblałam się rumieńcem, na samo wspomnienie o nim i jego ciepłych ustach. Miałam nadzieję, że nie byłam taka czerwona podczas rozmowy z nim.
- To nic takiego- bąknęłam zażenowana.- Co oglądasz?- wskazałam palcem na ekran, na którym pojawiła się żółta gąbka.
- To jest Spongebob! Ile razy mam ci to tłumaczyć? Ta gwiazda to jest Patrick, a tamten...
- Tim- przerwałam mu.- Obiecaj mi, że mnie nigdy nie zostawisz- nawet, gdy ja już nie będę cię widzieć, chciałam to dodać, ale się powstrzymałam. Byłam egoistką i tchórzem. Bałam się zostać sama.
- Głuptasie, oczywiście, że cię nie zostawię. Gdzie mógłbym znaleźć taką fajną siostrę, która pozwalałaby mi oglądać bajki i bawić się w nocy?
- Czyli lubisz mnie tylko dla tego, że możesz za darmo oglądać telewizję i biegać po domu z kotem?
Chłopczyk się zaśmiał.
- I dlatego, że jesteś moją starszą siostrą- zaczął mnie tak nazywać, tuż po tym, jak się nim zaopiekowałam. Czy też pozwoliłam zostać ze sobą.- A przecież nie mogę zostawić swojej jedynej rodziny.
- To dobrze- powiedziałam, chociaż byłam trochę wzruszona jego wyznaniem. Nie wiem co bym zrobiła, gdybym kiedykolwiek przestała widzieć duchy i już nigdy nie spotkała tego malucha, siedzącego u mnie w domu na kanapie i oglądającego telewizję. Zawsze z uśmiechem oczekiwał na mój powrót, a ja bardzo byłam do niego przywiązana. Rzeczywiście, traktowałam go jak młodszego brata i wiedziałam, że jeśli tak by się stało, to strasznie bym za nim tęskniła.