niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 5 " Demony są wśród nas"


 Mark sam wyniósł bagaże moje i Letty, po czym zostawił je w pokoju na górze. Nasza sypialnia była najbardziej oddalona od pokoju chłopaka mojej przyjaciółki. Wydawało się to dość urocze, że tak się o nią martwi. Letty to nie przeszkadzało, chociaż widziałam, że Azz powoli traci opanowanie. Próba Marka, jak to ona nazywała, była ostatecznym testem, jeśli chodzi o jej partnerów. Zazwyczaj, gdy traktowała swój związek naprawdę poważnie, najpierw informowała o tym swojego brata. A jeśli chodzi o niego... Próbował najrozmaitszych sposobów, aby ich złamać. Jeszcze żaden nieszczęśnik nie dotarł do etapu poznania jej rodziców. Zwykle rezygnowali po dwóch, trzech spotkaniach z jej bratem. Zastanawiałam się, jak on przetrwa trzy dni spędzone z nim.
 Brunetka, którą zastałam w kuchni, była jego przyjaciółką z pracy. Chociaż ja i tak wiedziałam, że przyjaciele tak się nie zachowują. Ale on ze wszystkich sił opierał się faktowi, że obydwoje podobali się sobie nawzajem. Nie chciałam się wtrącać w ich sprawy, gdyż to nie do mnie należała to zadanie. Gdy obydwoje stanęli obok siebie, wymieniłam się spojrzeniem z Letty i już wiedziałam, że ona zajmie się bratem.
- No mów, co cię tak martwi- zagadnęła moja przyjaciółka, gdy znalazłyśmy się same w naszym pokoju. Rzuciłam się na łóżko, a z moich ust wywarł się krótki okrzyk, gdy schowałam twarz w poduszce.
- Czy to cię wszystko nie przeraża?- zapytałam, odrzucając poduszkę na ziemię.
- A o co konkretnie chodzi?- zmierzyłam ją lodowatym spojrzeniem. Zachłysnęła się sokiem, po czym odłożyła szklankę na nocny stolik.- Czyli Jackson. A więc słucham.
- No... czy ty... no wiesz...- z nerwów zaczęłam się jąkać.
- Czy ja nie uważam, że wasz związek posuwa się za szybko?- kiwnęłam głową, potwierdzając jej słowa.- Jeśli o mnie chodzi, to nie. On jest po prostu idealny, a ty...- zmierzyła mnie wzrokiem.
- Dzięki!- krzyknęłam zdenerwowana.
- Oj, Cass. Nie o to mi chodzi. Jesteś zbyt nieśmiała. W zasadzie obydwoje jesteście. Miłość od pierwszego spojrzenia, a wy tak się cackaliście, żeby zagadać do siebie. No po prostu ręce opadają!
Byłam zbyt oszołomiona jej wyznaniem, aby do końca przetrawić jej słowa.
- Jackson? Skąd niby wiesz, że on...
- Azz mi powiedział- przerwała mi.- No wiesz... Znają się już trochę i mówił mi, jak on mu się zwierzał. Ponoć zakochał się w tobie od pierwszego dnia na... chemii? - przytaknęłam. To była nasza pierwsza wspólna lekcja. Wtedy także zaliczyłam swój niefortunny upadek, oszołomiona jego urodą.- Wtedy właśnie zaczął o tobie mówić. Coś w stylu " Stary, chyba pierwszy raz spodobała mi się taka dziewczyna"- poruszyła znacząco brwiami. Ta... no cóż. Pomimo tak zróżnicowanej, pod względem wyglądu, szkoły, nikt poza mną nie miał czerwonych włosów. No, a teraz miałam niebieskie.- A po kolejnej lekcji... " Chyba się zakochałem".
- O nie!- zaprzeczyłam.- Gdyby tak było, już wcześniej bylibyśmy razem. Zna mnie od kilku miesięcy i co? Nic!
- Słońce. Albo ty jesteś tak ślepa, albo zbyt głupia. Zachowywaliście się jak jakieś zakonnice. Do tego brakowało wam języka w gębie. Teraz może się to zmieniło, ale wcześniej byliście strasznie nieśmiali. Oczywiście względem siebie. Nie wiem co by było, gdybyś wtedy mu nie pomogła. Podejrzewam, że przez kolejny rok zbierałby się, aby do ciebie podejść i zagadać.
- Czyli, to są po prostu moje głupie wymysły?- wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, słysząc jej słowa.
- Oczywiście, że tak! Skoro nawzajem się sobie podobacie, to czemu nie mielibyście być szczęśliwi? Tylko nie chcę cię do niczego zmuszać. Wiem, ty moja święta dziewico,- zachichotała- że dla ciebie to nowość, więc sama zdecydujesz jak szybko ten związek powinien się posuwać do przodu. Ale wy naprawdę wyglądacie tak słodko razem!
Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam dźwięk klakson za oknem. Mój dobry humor został zamieniony w dziwny niepokój. Spojrzałam na Letty, która przystępowała z nogi na nogę. Denerwowała się, na co też wskazywała jej aura, którą próbowałam stłumić. W ten weekend chciałam udawać zwykłą dziewczynę, ale moje kiepskie opanowanie mocy, samo mnie przerastało.
- Zaraz wracam- jęknęła, po czym wybiegła z pokoju, niemal potykając się o własne nogi.
Podniosłam się z miejsca i poczułam to. Dziwne zimno, tuż za mną. Zanim jednak się obróciłam, głośno przełknęłam ślinę i modliłam się w duchu, aby to nie była prawda. Nie tutaj! Nie, gdy chciałam być normalna...
 Odwróciłam się, dostrzegając młodego chłopaka, a raczej jego marną imitację, w prawym rogu pokoju. Beztrosko siedział sobie na bujanym krześle, wprowadzając go w ruch. Gdy zauważył, że na niego spoglądam, uśmiechnął się do mnie szelmowsko. Wstał, zostawiając mebel we własnym rytmie. Zrobił kilka kroków w moją stronę, po czym zatrzymał się i oparł dłonie po swoich bokach. Blondyn, o chudej posturze, wydawał mi się... zagubiony? Nie. Może to złe określenie. Po prostu wyglądał na pewnego siebie, ale zbytnio nie wiedział jak się zachować względem mnie. Jakby pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji. Miałam ochotę palnąć się w głowę. Cass! Przecież nie każdy umiera kilka razy dziennie.
- Castiel Grey- powiedział.- Sporo o tobie mówią po tamtej stronie.
- Cass- poprawiłam go.- Po prostu Cass... Skoro już wiesz czym się zajmuję, to czego ode mnie chcesz?
I znowu ten uśmiech namalował się na jego twarzy... Był uroczy, czemu nie mogłam zaprzeczyć. Chłopak mniej więcej liczył dwadzieścia trzy lata. Jego niebieska barwa oczu trochę wyblakła po śmierci. Usta były ciut sinawe, z czego mogłam wywnioskować, że przyczyną jego śmierci było utonięcie. Chłopak potwierdził moją teorię.
- Mam na imię Mitch. I potrzebuję twojej pomocy...- speszył się, wypowiadając to zdanie.
- Mitch- westchnęłam.- Przykro mi, że spotkało cię coś tak okrutnego, ale ja nie zajmuję się pomaganiem innym. Mogę ci jedynie doradzić, żebyś przeszedł dalej i zapomniał o tym życiu. Zaczniesz wszystko na nowo w miejscu, gdzie powinieneś się znajdować.
- Och! Nie o to mi chodzi- widziałam grymas malujący się na jego twarzy.- Dobrze się czuje tutaj i wątpię, abym w najbliższym czasie postanowił stąd odejść. Czuję się świetnie, pomimo tego, że... No wiesz...- przytaknęłam.- Obserwowałem was od jakiegoś czasu...
A to nowość...
-... i szczerze powiedziawszy, potrzebuję trochę rozrywki.
Akcja duch: część pierwsza!
- Chcesz... kogoś nastraszyć?- zapytałam, nie wierząc własnym słowom. Chłopak przytaknął uradowany.
Ku pamięci. Jeśli umrę młodo, Letty szykuj się. Zafunduję ci taki paranormal activiti, że spędzisz resztę życia w psychiatryku pod nadzorem mojej świrolog.
To chyba normalny odruch ducha- chęć nastraszenia kogoś, co według mnie jest po prostu dziwne.  Czy wszyscy myślą, że skoro w filmach właśnie to robią  umarli, to reszta także musi się tego trzymać? To tylko głupi mit! Ale nie oszukujmy się. Jeśli dzięki temu odejdzie, czemu miałabym mu nie pomóc? Chyba, że wolałabym żeby został. Zapewne towarzyszyłby mi cały dzień, chodząc krok w krok za mną. Szczególnie do łazienki.
- Okey. W nocy możesz postraszyć Azz'a- wiem, że jestem wredna, ale należy mu się!- Albo dziewczynę Marka. Kogo wolisz?
Mich przez chwilę zastanawiał się nad wyborem, po czym głośno klasnął dłońmi i powiedział:
- Zdecydowanie wolę tę rudą szkapę koło tego chłopaka- wskazał palcem okno, a ja zachichotałam.
- Mitch, nie ma tu żadnej rudej dziewczyny.
Blondyn pokręcił głową.
- Jest. I wydaje się strasznie lalkowata. A ja lubię takie. Śmiesznie piszczą- wskazał ręką okno, przez które wyjrzałam. Mój dobry humor zniknął. Jakbym igłą przebiła balon- szybko i gwałtownie. Przed domkiem stało czarne bmw Jamesa, który sam stał tuż obok niego. Chłopak wdał się w dyskusje z Azz'em i Letty, ale zauważył mnie i pomachał, uśmiechając się od ucha do ucha. Miałam ochotę go udusić. Albo siebie, byleby nie spotkać się z nim. 
Wokół Letty zaczęły wić się różowe nitki, gdy także mnie dostrzegła. Zawstydziła się. I słusznie! Chociaż powinna się teraz bać mnie i mojej zemsty, bo ja tego tak nie zostawię!
Zbiegłam ze schodów, trącając przy tym Nicole. Wyszeptałam ciche "przepraszam" i ruszyłam do mojej przyjaciółki. Jednak zamiast niej... znalazłam Jamesa. W zasadzie wpadłam na niego, gdy wychodziłam z salonu.
- Elfik- uśmiechnął się do mnie.
- Co ty tu robisz?- bez wahania wyrzuciłam to z siebie.
- Miła jak zawsze. Wiem, że za mną nie przepadasz- szepnął mi do ucha. Walczyłam ze sobą, aby powstrzymać się od odepchnięcia go.- Po prostu spróbuj przez te parę dni znieść moją obecność. Wszyscy jesteśmy tu, aby się dobrze bawić i oderwać od tego nudnego życia. Nie psujmy im tego, tylko dlatego, że mnie nie lubisz. Gdy to się wszystko skończy, każdy pójdzie w swoją stronę.
Odsunął się ode mnie, a ja odzyskałam mowę.
- Okey, ale to co ci powiedziałam wtedy...- jęknęłam, nie mogąc dokończyć zdania.
- Nie martw się- powiedział.- To co mi wtedy powiedziałaś, zostanie między nami. Nikt się o tym nie dowie, chyba, że sama tak zdecydujesz- przytaknęłam i ruszyłam jak najdalej od niego.
- Elfiku!- krzyknął za mną, przez co się odwróciłam.- Baw się dobrze!
Mimowolnie, uśmiech sam wypłynął mi na twarz. Nieco uspokojona, dołączyłam do swoich znajomych, zebranych przed domem. Rudzielec figlarnie chichotał, podrywając mojego faceta! Widziałam jak jej dłoń przypadkowo dotykała jego piersi, albo ramion. Gotowałam się ze złości, że ta lafirynda ma czelność go dotykać. A tak przy okazji... co ona tu robiła?
Mitch pojawił się tuż przy niej i znacząco poruszył brwiami. Teraz na pewno nie miałabym nic przeciwko, jeśliby ją wystraszył. Najlepiej tak, aby uciekała gdzie pieprz rośnie.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła...- zaczęła blondynka, spoglądając na mnie ze skruszoną miną. Zrobiła te swoje słodkie sarnie oczka, jakby zaraz miała się rozpłakać, więc zrobiło mi się jej szkoda... Ta podstępna żmija wiedziała jak ze mną postępować. Ale tym razem nie miałam zamiaru jej ustępować.
- Melany- przedstawił się rudzielec. Posłałam jej jak najbardziej przesłodzony uśmiech.
- Cass- odparłam. Mój chłopak odsunął się od niej i objął mnie w pasie, opierając podbródek na moim ramieniu. Miałam wrażenie, że ta dziewczyna, która została przez niego odrzucona, niezbyt dobrze sobie z tym fantem radziła. Odwróciła się i poinformowała nas, że idzie poszukać Jamesa. Nie miałam nic przeciwko temu.
- Scarlett- rzuciłam oschle.- Czy mogłybyśmy porozmawiać? Na osobności- podkreśliłam.
Jej chłopak roześmiał się, po czym klepnął Jacksona w plecy.
- Chodź kochasiu. Nie chcesz być przy tym, gdy twoja panna rzuci się na nią- wskazał na Letty.
- Nie powinieneś bronić swojej niewiasty?- rzucił brunet, śmiejąc się.
- Och!- położył rękę na piersi.- Ona ma pazurki i wie, jak ich użyć- pomasował swoje ramię, po czym obaj wybuchli śmiechem.
Gdy już zniknęli we wnętrzu budynku, spojrzałam na moją przyjaciółkę. Skruszona, nawet nie patrzyła na mnie, tylko wpatrywała się w swoje buty, jakby były najciekawszą rzeczą na świecie. Patrząc na sytuację... owszem,  były.
- No wyduś to z siebie!- krzyknęła wreszcie.
- Co on tutaj robi?
- Pamiętasz, gdy opowiadałam ci, że rodzice kupili ten dom wraz ze swoimi przyjaciółmi?- przytaknęłam.- Ta dam! To rodzina Jamesa...- nie odezwałam się, więc kontynuowała.- Zawsze, gdy tu przyjeżdżaliśmy, mama najpierw do nich dzwoniła i pytała się, czy domek jest wolny i czy nie planują żadnego wyjazdu. Tym razem James powiedział, że planował wyjazd tutaj i... po długiej rozmowie, doszli do wniosku, że obydwoje się znamy i będzie Mark, więc możemy razem tu przyjechać.
Miałam ochotę parsknąć śmiechem. Letty tak długo zwlekała z opowiedzeniem mi o tym, martwiąc się moją reakcją... Owszem, nie lubiłam go, ale to nie był jakiś wielki problem. A ona tak strasznie panikowała.
- Tłumaczyłam mu, że to miał być twój prezent urodzinowy, ale on stwierdził, że "przełamaliście lody" i już jest między wami dobrze. Nie wierzyłam mu, ale myślałam, że jakoś może mieć racje. Jest nas wielu, więc dwie osoby w tę czy w tamtą, za bardzo nie zmienią... O Boże! Cass! W ogóle nie przemyślałam tego! Przepraszam... Jeśli chcesz możemy zabrać swoje rzeczy i wrócić do domu.
- Bez przesady, Letty- przewróciłam oczami.- Wystarczyło powiedzieć, że pan Idealny Dupek też tu będzie. Nie trzeba było robić z tego takiej afery- gdy wypowiadałam te słowa, dziewczyna słuchała mnie z rozdziawionymi ustami. Chciała coś powiedzieć, ale szok jej to uniemożliwił.
Zaśmiałam się i wróciłam do domku, w poszukiwaniu swojego chłopaka. Jednak przesunęłam to na drugi plan, gdy Letty zaczęła namawiać mnie na kąpiel w jeziorze. Szłam, w swoim nieco zbyt skąpym stroju. Nie czułam się w nim komfortowo, ale moja przyjaciółka zapewniała iż na pewno spodoba się Jakson'owi, a na tym najbardziej mi zależało. Zdeterminowana, zachowaniem towarzyszki, znienawidzonego przeze mnie chłopaka, pragnęłam aby MÓJ CHŁOPAK, nie robił do niej maślanych oczkach. Gdyby tylko spróbował, miałby bliskie spotkanie z moim prawym sierpowym. I ona też.
Chłopaki urządzili sobie mały turniej siatkówki wodnej, zaś dziewczyny, rozłożone na ręcznikach, znajdujących się na pomoście, przyjmowały jak najwięcej promieni słonecznych. Położyłam się obok swojej przyjaciółki, trącając ją nogą. Jęknęła niezadowolona i odwróciła twarz w moją stronę. Uniosła okulary przeciwsłoneczne i, z przymrużonymi powiekami, spojrzała na mnie. Gwizdnęła, lustrując mnie wzrokiem.
- Wow, ten strój wygląda jeszcze lepiej niż w przymierzalni- powiedziała, podpierając się na łokciach.
- I jest jeszcze mniej komfortowy niż wtedy- wyznałam. Sięgnęłam po tubkę kremu do opalania, jednak moja przyjaciółka wyrwała mi go z rąk i pokręciła głową.
- To zadanie należy do kogoś innego- przyjaciółka Marka poruszyła znacząco brwiami, wskazując głową na idącego w naszą stronę chłopaka.
 Jackson wyszedł z wody, przecierając twarz dłońmi. Drobinki kropelek świeciły na jego skórze, czyniąc go jeszcze bardziej przystojnym. Podczas ruchu jego rąk, mięśnie napięły się. Chłopak był dobrze zbudowany. Wręcz wspaniale. Gdy szedł w naszą stronę, podziwiałam jego mięśnie. Chociaż nie mogłam dotknąć brzucha, wiedziałam, że jest twardy jak skała. Pragnęłam, aby mnie przytulił. Chciałam się znaleźć w jego ramionach. Chciałam poczuć się bezpieczna w jego objęciach. 
Chłopak uśmiechnął się do mnie, a moje serce zakołatało w piersi. Nawet nie zauważyłam, że przygryzałam dolną wargę.
- Niezły- mruknęła moja przyjaciółka.
 Zgadzałam się z nią w stu procentach. Był niezły. I cały mój.
 Jackson nachylił się do mnie i musnął moje usta swoimi. Poczułam słodki smak jego warg, jednocześnie czując jak przez moje ciało przechodzi zimny dreszcz.
Nim znowu potrafiłam racjonalnie myśleć, jego dłonie zacisnęły się na moim ciele. Brunet jednym, płynnym ruchem przerzucił mnie przez ramię. Zaśmiałam się, ale ten śmiech szybko zniknął z mojej twarzy, gdy uświadomiłam sobie, co on zamierza. Zaczęłam się wierzgać, próbując wyrwać się z jego uścisku. Jackson zaśmiał się, a jego dłoń wylądowała na mojej pupie. Krzyknęłam, bardziej z nerwów niż z bólu.
- Jackson!- krzyknęłam, gdy poczułam zimno wody na czubkach palców u nóg. Próbowałam się podnieść, aby być jak najdalej od wody, ale nie potrafiłam. - Jackson! Puść mnie!
- Jeszcze chwilkę i cię puszczę- mruknął swoim głębokim głosem. Gdybym nie była tak przerażona, zapewne bardziej zwróciłabym na to uwagę. Zsunął mnie na dół, aby spojrzeć na moją twarz, która pewnie szalała z przerażenia. Oplotłam go nogami w pasie i kurczowo chwyciłam się jego szyi. Woda sięgała mu do pasa, a brzeg jeziora był daleko za nami. Czułam jak przerażenie przejmuje władzę nad moim ciałem. Z trudem powstrzymywałam atak paniki, o ile w ogóle było to możliwe.
- Proszę...- szepnęłam.- Wyjdź z wody...
Lewą ręką objął mnie mocno w pasie, zaś prawą obrócił moją głowę tak, abym mogła na niego spojrzeć. Wiedziałam, że miałam mokre policzki od łez i to wszystko ze strachu.
- Heeej- zawołał chłopak, gładząc mnie po policzku.- Przecież to tylko woda.
- Ja...- jęknęłam.- Boję się wody- przyznałam skruszona.- Nie umiem pływać- chlipnęłam. Spodziewałam się, że wybuchnie śmiechem. Szesnastolatka, która dużo czasu spędza nad wodą nie potrafi pływać. Nigdy nie bałam się jej, gdyż nigdy nie musiałam do niej wchodzić. Mogłam opalać się na plaży, ale nigdy nie wchodziłam do wody. Nie po tym jak...
- Już dobrze- powiedział, a ja poczułam jak mocniej przyciska mnie do siebie.- Jestem z tobą. Nie masz czego się bać- zapewnił. - Cass. Spójrz na mnie- rozkazał. Niechętnie, zrobiłam to czego chciał. Jego wzrok wyrażał czułość i troskę. Dzięki temu nieco się uspokoiłam.
- Przy mnie jesteś bezpieczna- zapewnił.- Trzymam cię i nic ci się nie stanie- niepewnie pokiwałam głową. Delikatnie pocałował mnie, po czym lekko podrzucił, aby lepiej mnie trzymać. Na mojej twarzy zawitał grymas, ale szybko się go pozbyłam.
- Teraz powoli się zanurzymy...
- Nie!- pisnęłam, po czym jeszcze mocniej się go chwyciłam. Woda sięgała mi już do pasa. Próbowałam wspiąć się na niego, ale nie mogłam. Trzymał mnie, jednocześnie uspokajając.
- Cassie, otwórz oczy- wyszeptał mi do ucha. Przytulona, uniosłam delikatnie powieki. Woda znajdowała się niebezpiecznie blisko mojej twarzy. - Nic ci się nie stanie. Tu jest zbyt płytko- powiedział.
Tam też było płytko- pomyślałam.
- Zabierz mnie stąd- poprosiłam. Dłońmi ujął moją twarz.
- Kochanie, ale nie masz się czego bać. To tylko woda.
- Ale ja nie chcę tu być- zaprotestowałam.- Zabierz mnie na brzeg.
Przez chwilę, milcząc, staliśmy przytuleni do siebie, a ja czułam jak gładzi dłonią moje plecy.
- To nie jest zwykły lęk przed wodą- odezwał się w końcu.
- Nie- szepnęłam.
- Cass, przy mnie nie musisz się niczego bać. Zawsze będę cię chronił, bez względu na to co się stanie, rozumiesz?
Niepewnie kiwnęłam głową. Rozumiałam co to znaczy, no i przede wszystkim, chciałam wierzyć w jego słowa, ale czy to była prawda? Czy mógł mi zapewnić bezpieczeństwo, gdy wokół mnie wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo?
 Delikatnie uchyliłam powieki i zobaczyłam, że zostawiamy jezioro daleko w tyle. Jednak nie poszliśmy na pomost. Chłopak szedł w stronę brzegu, ale nieco dalej od nich. Byłam mu wdzięczna za to. Nie chciałam znaleźć się pod ich odstrzałem, w takim stanie. Wolałam się najpierw uspokoić i później zdobyć się na konfrontację z nimi.
Brunet usiadł na piasku, tuląc mnie do siebie. Co chwilę całował mnie w skroń.
- Przepraszam...- wyszeptałam.- Ja... po prostu boję się wody. Zawsze dostaję ataku paniki, gdy do niej wchodzę.
- Kochanie, nic się nie stało. To ja powinienem cię przeprosić. Głupio zrobiłem, ale chciałem porwać cię na drugi brzeg. Wyglądasz tak pięknie w tym stroju i chciałem spędzić z tobą trochę czasu w samotności- przyznał. Słysząc to, zrobiło mi się o wiele cieplej na sercu, ale musiałam mu wytłumaczyć to, co właśnie zaszło. Należały mu się jakieś wyjaśnienia. Nie chciałam przecież, żeby zaczął uważać mnie za wariatkę. Wiele razy mnie tak nazywano w poprzednich szkołach, więc nie miałam żadnej ochoty na powtórkę.
- Kiedyś prawie utonęłam, więc tak jakby, ja i woda niezbyt do siebie pasujemy.
 Dostałam kolejnego całusa w skroń. Uniosłam głowę, aby spojrzeć na niego. Jego czekoladowe oczy z czułością na mnie spoglądały. Nie mogłam się powstrzymać, aby jego nie pocałować. Ujęłam jego twarz w dłoniach, a nasze wargi złączyły się. Delikatne muśnięcia, zamieniło się w pragnienie. Byłam głodna jego dotyku, a pożądanie z każdą chwilą narastało.
 Jackson położy mnie na piasku, po czym przykrył własnym ciałem. Oplotłam dłońmi jego szyję, przyciągając go jeszcze bliżej siebie. Jego dłonie sunęły po moich nogach, drażniąc się z materiałem mojego stroju. Gdy już stał się bardziej odważniejszy, poczułam jego dłoń na nagim ciele pod strojem.
- Jackson...- westchnęłam z niechęcią. Nie chciałam posunąć się za daleko, zwłaszcza w takim miejscu.  No i było zdecydowanie za szybko, aby zdecydować się na tak poważny krok.
Chłopak odsunął się ode mnie. Głośno sapiąc, oparł czoło o zagłębienie mojej szyi.
- Przepraszam. Nie powinienem posuwać się tak daleko. Przepraszam- powtórzył.
Zaśmiałam się i cmoknęłam go w czoło.
- Musimy wracać- powiedziałam niechętnie.- Letty zaraz zacznie panikować i wyśle za nami ekipę poszukiwawczą. Brunet zsunął się ze mnie i położył się na piasku, chowając twarz w dłoniach. Sama też przewróciłam się na brzuch.
- Możemy już iść?- zapytałam go. Chłopak obrócił głowę na bok, spoglądając na mnie. Miał zarumienione policzki, Ja zapewne też byłam cała czerwona.
- Yyy... Idź przodem, ja zaraz cię dogonię.
 Zmarszczyłam brwi, analizując jego słowa, a następnie usiadłam na piasku.
- A ty? Nie możesz iść ze mną?
- Najpierw muszę trochę popływać.- Przyznam, że nie tego się spodziewałam. Chłopak widząc moje zmieszanie, postanowił szczegółowo uzupełnić swoją wypowiedź.- Kochanie, gdyby nie ty, tak łatwo bym się nie powstrzymał, więc tak jakby w tej chwili nie mogę wstać.
Ta... Teraz zapewne byłam purpurowa na twarzy. Szybko go pocałowałam, po czym ruszyłam do dziewczyn. Czułam się wspaniale. Nie dość, że spędzałam wspaniały weekend z przyjaciółmi i moim chłopakiem, to czułam wielką satysfakcję, na myśl, że w taki sposób działam na Jacksona.


 Camill okazała się bardzo sympatyczną osobą. Idealnie pasowała do Marka. Drobna, brunetka z wielkim charakterem. Względem mnie była przesympatyczna, tak jak i dla Letty. Niestety co innego mogłam powiedzieć o Melany. Była... no cóż. Jak to idealnie określić? Po prostu pasowała do Jamesa. Obydwoje byli dupkami, tylko, że ona dodatkowo była jędzowatą suką, Gdy nie kręciła z moim facetem, który na wszelki sposób ją odtrącał. Po tym wracała do Jamesa. Chłopak wcale nie ukrywał skrępowania. Wręcz przeciwnie. Na naszych oczach obściskiwał się z nią, wpychając swój oślizgły język do jej gardła. Dziwiłam się, że jeszcze się tym nie udławiła.
 Wraz z Camillą przygotowywałyśmy jakieś przekąski w kuchni dla wszystkich. Był już wieczór, więc postanowiliśmy przenieść się do domku, gdyż na dworze było już trochę zimno. Letty znosiła nasze rzeczy do domu, podczas gdy Mark z Jacksonem próbowali rozpalić kominek z salonie. Azz rozłożył się na fotelu, strojąc swoją gitarę, zaś James... No właśnie. On był zajęty swoją lalunią.
- Mark wspomniał mi, że najpierw poznałaś jego, a później Skyler- zagadnęła dziewczyna, wyciągając z piekarnika bułeczki czosnkowe.
- Racja- przyznałam.- Poznaliśmy się Denwer, zanim się tu przeprowadziłam.
- Mówił, że to było pamiętne spotkanie- spojrzała na mnie podejrzliwie, a ja w końcu załapałam o co jej chodziło. Ona naprawdę czuła coś do niego i była zazdrosna o naszą znajomość!
- Jeśli miał na myśli to, że spotkaliśmy się o trzeciej w nocy, a on pomagał mi zejść z drzewa, to miał rację.- Zaśmiałam się.- To na pewno było pamiętne spotkanie.
Brunetka wyszczerzyła oczy w moim kierunku.
- Co ty robiłam o trzeciej w nocy na drzewie?!- zapytała, w momencie, gdy Letty weszła do kuchni.
- Drzewo, co?- powiedziała.- Opowiadasz jej o waszym wielkim spotkaniu?- kiwnęłam głową.- Otóż, kochana, wyobraź sobie, że Mark wracał do swojego mieszkania, w dniu kiedy zakończył swoją trzyletnią służbę. Trochę się chwiał, gdy usłyszał kogoś na drzewie. Ta piękna panna- wskazała na mnie- postanowiła urwać się spod czujnego oka ciotki i wyjść na imprezę. Tylko, że jej pokój znajdował się na trzecim piętrze.
Dziewczyna prychnęła śmiechem, a my zawtórowałyśmy jej.
- Wymykałaś się o trzeciej w nocy na imprezę?
- Niee!- zaprzeczyłam.- Wracałam i musiałam się wspiąć na drzewo. Gdy wcześniej z niego skakałam, nie wydawało się aż tak daleko od ziemi. Mark pomagał mi wejść na drzewo, ale sam nie był w najlepszym stanie. W końcu spadłam na niego i usnęliśmy w trawie, leżąc na sobie. Ciotka nawet nie zauważyła nas, gdy wychodziła do pracy. Rano... No cóż. Miałam niezłą niespodziankę, gdy wstałam i zobaczyłam przytulonego chłopaka do siebie. No i właśnie tak zaczęła się nasza znajomość.
- Później dorwałam ją w szkole i... BUM! Przyszła do mnie, a drzwi otworzył Mark.
- Miła niespodzianka- powiedziała Camill, nieśmiało się uśmiechając.
- Tak...- mruknęłam,- Szczególnie, gdy ktoś od progu oblewa cię wodą.
- Zaskoczyłaś mnie! - zaprotestował brat mojej przyjaciółki, wchodząc do kuchni.- Jakbyś się poczuła, gdyby dziewczyna, którą poznałeś setki kilometrów stąd, przyszła do ciebie do domu?
- Przynajmniej nie oplułabym ją na przywitanie!- odparłam.
- Już dobrze- chłopak przyciągnął mnie do siebie i zaczął okrężnymi ruchami dłoni, masować mi plecy.- Nie ekscytuj się tak bo ci jeszcze żyłka pęknie.
- Dupek!- krzyknęłam, odpychając go od siebie.
- Ale kochany dupek- zrobił minę zbitego psa i skulony podszedł do Camill. Objął ją od tyłu w pasie i oparł głowę na jej ramieniu. Kołysał ich ciała w rytmie muzyki, która dobiegała z radia.
- James zaprasza na grę w butelkę- powiedział, odwracając się do nas.
Wraz z Letty zabrałyśmy talerze z jedzeniem i udałyśmy się z nim do salonu.
- Po co on chce w to grać? To jest nudne!- zaprotestowała moja przyjaciółka.
- Chce się dowiedzieć dlaczego Cass go nie lubi- powiedział Mark.
Ułożyłyśmy talerze z kanapkami na stole. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, Letty zwróciła się do ciemnowłosego.
- Jesteś dupkiem- powiedziała.- Dlatego ona cię nie lubi. A teraz zagrajmy w coś ciekawszego!- radośnie klasnęła dłonie.- Gdzie jest alkohol?
- Twój brat zamknął barek na klucz- powiedział Azz, po czym cmoknął swoją dziewczynę w policzek.
- Mark!- krzyknęła wściekła Letty.- Nie po to cię zabrałam, żebyś psuł nam zabawę!
- Ej!- chłopak wyciągnął przed siebie dłoń.- Po pierwsze- zaczął wyliczać na palcach- jesteś za młoda na spożywanie alkoholu. Po drugie, wy wszyscy nie możecie go pić. Oprócz rzecz jasna Cass, która jest wyjątkiem- mrugnął do mnie okiem, przez co został obrzucony protestującym głosem swojej młodszej siostry.- Po trzecie, możemy dobrze się bawić bez alkoholu.
- Do zabawy w " Nigdy, nie...", nie możemy bawić się bez alkoholu. I, albo wyciągniesz picie, albo zostaniesz szybciej wujkiem niż sądzisz.
Parsknęłam śmiechem. Mark, przerażony, wpatrywał się w nią z otwartą buzią.
- Scy, to jest bez sensu!- krzyknął.
- Więc zgadzasz się? Ok! Gramy!
 Starszy brat, zrezygnowany, pokręcił głową i kluczykiem otworzył dolną szafkę, małego barku, który stał w rogu. Wyciągnął kilka butelek wódki, a jego siostra rozstawiła je na stole. Miski z chipsami wylądowały między nimi, Każdy z nas zajął miejsce przy stole. Zanim jednak usiadłam, Jackson pociągnął mnie do siebie, zmuszając abym usiadła mu na kolanach. Nie miałam nic przeciwko temu. Pozwoliłam mu na to, aby mnie przytulił.
 Alkohol został nalany do naszych szklanek. Letty stanęła przed stołem, a dłoń Azz'a zsunęła się po jej tyłku. Mark głośno zakaszlał, po czym muzyk zabrał swoją dłoń i lekko odsunął się od swojej dziewczyny.
- Dzięki, Mark- burknęła zażenowana.- No więc, zabawa nazywa się " Nigdy nie...". Chodzi o to, że jedna osoba mówi rzeczy, które nigdy nie robiła, a ci co się z nią zgadzają, i też nie robili tych rzeczy, piją wraz z nią. Osoba, która polegnie, przegrywa. Rozumiecie?- wszyscy na zgodę skinęli głową.- No to ja zaczynam- sięgnęła po swoją szklankę.- Nigdy nie tańczyłam cuncana- wypiła. Ja i kilka innych osób też to zrobiło, jednak zaintrygowało mnie to, że Mark się nie napił.
- Mark?- zapytałam zdziwiona.
- To... Nie chcę o tym mówić.
Azz podniósł swój kieliszek.- Nigdy nie spałem nago- powiedział, ale się nie napił. Jackson także nie. Letty spojrzała na niego zdziwiona, na co ten śmiesznie poruszył brwiami.- Kochanie, ja śpię tylko nago- posłał jej całusa.
- Nigdy nie... Nigdy nie zrobiłam komuś malinki- powiedziałam. Kilka osób, w tym ja, także się napiło. Jeśli tak dalej pójdzie uchleję się jak świnia!
- Dzisiaj to zmienimy- powiedział Jackson.
- Nigdy nie ubrałem sukienki- brunet, jako jeden z nielicznych napił się. Wbiłam zdziwiony wzrok w James'a, który nonszalancko uśmiechał się w moją stronę.
- To wina Azz'a!- krzyknął, wskazując palcem na swojego przyjaciela.
- Moja?- muzyk zrobił zdziwioną minę.- Nie kazałem ci wkładać tej kiecki!
- To prawda- wtrącił się Jackson.- Sam uparłeś się, że się w nią zmieścisz.
- Bo on mnie podpuścił!
- A potem wylądowałeś w szpitalu, bo suwak od tej sukienki utkwił ci w nie tym wejściu co trzeba- chłopak ryknął śmiechem. W odwecie, ciemnowłosy chwycił garść chipsów i rzucił w stronę swojego przyjaciela. Ten złapał kilka, po czym je zjadł.
- Dobra ludzie, gramy dalej- przerwała im Letty. Teraz nadeszła kolej na James'a, jednak zanim się odezwał, w pomieszczeniu zapadł mrok. Wszystkie światła zgasły, a jego lalunia wraz z Camill pisnęły ze strachu. Chociaż nie widziałam Melany, mogłam przysiąc, że właśnie oblega kolana swojego towarzysza, wpijając się w jego usta. Tak dla poprawienia jej stanu psychicznego.
 Chociaż z jednej strony, był to dobry sposób, przez co musiałam ją w duchu pochwalić. Poprawiłam się na kolanach chłopaka, który uznał, iż ja także się wystraszyłam. Otoczył mnie swoimi ramionami i przyciągnął do siebie. Bonusowo otrzymałam jeszcze słodkiego buziaka w usta.
- Zajebiście!- mruknęła zdenerwowana blondynka.
- Scy! Nie wyrażaj się!- zgromił ją brat. Zachichotałam.
- Nie marudź, tylko idź i sprawdź co się stało!
Wyciągnęliśmy telefony, aby oświetlić drogę. Młodsza siostra mojego przyjaciela ruszyła do kuchni w poszukiwaniu jakiś świeczek.
- Pójdę po drewno- zaoferował się ciemnowłosy. Spoglądając na telefon zauważyłam, że na wyświetlaczu widniało kilka nieodebranych połączeń od ciotki. Zaklęłam w duchu. Szybko zerwałam się z kolan chłopaka i zaczęłam szukać odpowiedniego miejsca, gdzie mogłam z nią porozmawiać. No i gdzie był zasięg. Obeszłam niemal cały dom. Wszystkie pokoje na górze, jak i na dole. I nic! Kolejny raz wybrałam jej numer.
Brak zasięgu- zakomunikowała automatyczna sekretarka.
- Super!- wrzasnęłam, wychodząc z domku. Ruszyłam w kierunku jeziora i, o dziwo, pojawiła się jedna kreska! Ale zaraz zniknęła, gdy tylko ponownie wybrałam jej numer. Warknęłam zirytowana.
Odwracając się, dostrzegłam ciemną postać przed sobą. Zanim na szczęście krzyknęłam, zdążyłam się zorientować, że to właśnie James jest tą postacią.
- Spokojnie!- zawołał, widząc moje roztargnienie.- Przecież nic ci nie zrobię.
- Tego nie byłabym pewna- warknęłam i ruszyłam w stronę domku. Jednak poczułam jego dłoń na swoim ramieniu, uniemożliwiającą mi dalszy ruch.
- Cass, mogłabyś mi w końcu powiedzieć o co ci chodzi? Co ci zrobiłem, żeby zasłużyć na takie traktowanie?
 Co mi zrobił?! Jeszcze się głupio pytał!
 Oprócz tego, że mnie znieważył i upokorzył, ciągłymi żartami skierowanymi pod moim adresem, próbował mnie uwieść, abym uległa jego czarowi i stała się kolejnym punktem z listy jego podbojów. Wpieprzył się w moje życie! Wtrącił się w moją relacje z panią Steele, między moich przyjaciół, no i niszczył cały ten pieprzony wyjazd! W zasadzie było jeszcze wiele innych powodów, za które go nienawidziłam!
- Co mi zrobiłeś- powtórzyłam szeptem.- Okłamałeś mnie!
Spojrzał na mnie, jakbym właśnie oznajmiła najbłahszą rzecz w życiu.- Ja...cię okłamałem? W jakiej niby sprawie?
- Twoja impreza- rzuciłam oschle.- Tam się coś wydarzyło. Coś o czym nie chcesz mi powiedzieć! Nie mówisz mi prawdy, a to też jest kłamstwo! Oczekujesz, że ci niby zaufam? Że będę cię traktować tak, jak na to zasługujesz? Dla twojej wiadomości, właśnie na takie traktowanie sobie zasłużyłeś- wyrwałam się z jego uścisku i  ponownie ruszyłam w stronę domku.
- Cass- zawołał za mną. Nie zareagowałam, przez co znowu mnie zawołał. - Cass- powtórzył, odwracając mnie twarzą do siebie. Spojrzałam w te niebieskie tęczówki, czując jednocześnie spokój i przerażenie. - Nigdy cię nie okłamałem- powiedział.- Ale są pewne sprawy, o których nie możesz wiedzieć. Na pewno nie teraz- podkreślił ostatnie zdanie.
- Czyli to, co dosypałeś mi do napoju, to nie moja sprawa?- rzuciłam oskarżycielsko, wydymając dolną wargę.
- Nic ci nie dorzuciłem do napoju, To co się wtedy stało, to był... Cass. Naprawdę nie mogę ci nic teraz powiedzieć, ale obiecuję, że kiedyś ci to wyjaśnię.
- Idź do diabła!- krzyknęłam.
- Nawet nie wiesz jak blisko jesteś prawdy- po tych słowach zamyślił się na chwilę.- Nie mogę ci powiedzieć wielu rzeczy, ale... Cass. Musisz w końcu przejrzeć na oczy i zobaczyć, żę ten świat nie jest tak wspaniały jaki ci się wydaje. Są rzeczy... ludzie... Przyjrzyj się im bliżej, ok?
- Ty chyba sobie żartujesz!- krzyknęłam.- Chcesz powiedzieć, że... Ty! Ty też należysz do tej grupy " ludzi"- gestem dłoni nakreśliłam w powietrzu cudzysłów.
- Tak. I nie tylko ja. Wokół ciebie są też inni i... Już raz nas widziałaś, więc powinnaś wiedzieć. Widziałaś nas i nie tylko- zaznaczył.
Wybuchłam śmiechem. Bardziej nerwowym niż rozbawionym. Czy on wiedział? Czy mógł znać moją tajemnicę? Nie... To niemożliwe.
- Nazwałam was wtedy demonami- przypomniałam sobie.- Jesteś demonem, Jamesie?-wbił we mnie zdziwione spojrzenie. Kiwnął niepewnie głową.- Świetnie- uśmiechnęłam się.- W takim razie ja będę elfikiem, którego we mnie widziałeś.
 Tym razem mnie nie zatrzymał. Szłam, chwiejnym krokiem, w stronę domku. Jego słowa w żaden sposób nie trafiały do mnie. Nie okłamał mnie? Dobre sobie! W takim razie co przed chwilą zaszło? Czy byłam zbyt pijana, aby zrozumieć sens tych słów? Jeśli nie, to czy on na prawdę był demonem? Wprawdzie widziałam, że coś dziwnego jest z tym człowiekiem, ale... Nie przypuszczałam, że jest aż tak tragicznie! On potrzebował pomocy specjalisty! Czy byłoby nie na miejscu, gdybym zaproponowała mu wizytę u mojej świrolog?
 Weszłam do domku, gdzie od progu zostałam zaatakowana przez Mitch'a. Uśmiechał się do mnie głupkowato.
- Czego?- warknęłam.
- Słyszałem waszą rozmowę... tam na dworze. Ten gościu rzeczywiście ma coś z główką.
- No cóż, ty nie jesteś lepszy. A tak przy okazji... Nie miałeś straszyć jego laluni?
- O!-duch klasnął w dłonie.- Ktoś tu chyba jest zazdrosny- zaświergotał.- Zresztą, oni właśnie postanowili urządzić sobie seans spirytystyczny w salonie, więc uznałem, że to idealny moment aby wszystkich przestraszyć!
- Jesteś dziwny- powiedziałam na wpół przymrużonymi oczami. Rzadko wypowiadałam te słowa. A zwłaszcza w takich momencie.
 Mitch prychnął.- I mówi to osoba, która może rozmawiać z duchami?
 Przewróciłam oczami, chociaż wiedziałam, że on tego nie mógł zobaczyć. Weszłam do salonu i ujrzałam ich, siedzących w okręgu na podłodze. Trzymali się za ręce, a pomiędzy nich znajdowały się świeczki. Na środku ustawili krzyż, który stał w centrum pentagramu. Letty spojrzała na mnie wzrokiem wyrażając swoje przeprosin, zaś jej brat rozpromienił się na mój widok. Gestem dłoni zawołał mnie do siebie i nakazał zajęcia miejsca tuż obok siebie. Z niechęcią, zrobiłam to, o co prosił. Ujęłam jego ciepłą dłoń, a drugą podałam James'owi, który niepostrzeżenie wślizgnął się za mną do środka. Nie miałam ochoty tego komentować, więc po prostu siedziałam cicho i jak to na "zwykłą" dziewczynę przystało, zaczęłam powtarzać słowa potrzebne do wezwania ducha. Mitch omal nie zesikał się ze śmiechu, o ile w ogóle było to możliwe w jego stanie.
- Gotowi?- odezwała się Camill.
Nie!- chciałam krzyknąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam.
- Dobrze, więc zaczynami. Ściśnijcie swoje dłonie- nakazała. - Ja, Camill De Lorentis, w imieniu swoim i swoich przyjaciół, przywołuje ciebie. Demonie, ukaż się nam. Daj nam jakiś znak, że jesteś tu, z nami.
 Chciałam parsknąć śmiechem. Czy oni w życiu nie wywoływali demony?! Otworzyłam powieki i ujrzałam, że wszyscy byli skupieni na wywoływaniu duchów. Mitch stanął obok mnie i szeptem zapytał czy może zacząć swoją robotę. Skinęłam głową.
- Duchu, jeśli tu jesteś, daj nam jakiś znak!- powiedziała.
Coś zabrzęczało. Usłyszałam pisk któreś z dziewczyn. Mitch chyba spełnił swoje marzenie i został zawodowym "duchem".
- Cass?- szepnął mi do ucha. Wzdrygnęłam się trochę, słysząc jego niepewny i zaniepokojony głos.- To... To coś, to nie ja.
 Otworzyłam oczy i z przerażeniem spojrzałam na otaczających mnie ludzi. Wszyscy w skupieniu zajęli się wywołaniem ducha... i chyba jakiś się pojawił. Zerknęłam na kuchnię, z której dobiegały dziwne dźwięki. Szklanka sama zaczęła posuwać się po blacie, aż w końcu spadła, roztrzaskując się na drobny mak. Camill krzyknęła. Wszyscy zerwaliśmy się ze swoich miejsc. Jackson ruszył w moją stronę, jednak kruczowłosy był tuż przy mnie. Chociaż oświetlało nas marne światło świeczek i ogień z kominek, dostrzegłam malujące się na jego twarzy zaniepokojenie. Z czułością i wyraźną troską spoglądał na mnie. Miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje się, aby mnie stamtąd nie zabrać.
- Wszystko w porządku?- zapytała, a jego głos trochę drżał. Otworzyłam usta, aby mu odpowiedzieć, ale uprzedził mnie głośny krzyk, któreś z dziewczyn. Obydwoje jak na zawołanie odwróciliśmy się. Melany stała z wyciągniętą dłonią i wskazywała na ścianę. Kruczowłosy podszedł do niej żeby ją uspokoić. Szarpała się w jego uścisku, ale pozwoliła się wyprowadzić. Poczułam uścisk na dłoni i odwróciłam się. Moja przyjaciółka chwyciła moją rękę. Jej twarz była blada, jakby zobaczyła ducha. No... to była idealna scena z horroru. Na mnie nie robiło to żądnego wrażenia, chociaż czułam, jakiś niepokój. Jakby mój instynkt próbował mnie zaalarmować i nakazać mi uciekać stamtąd.
- Cass!- usłyszałam głos Jamesa, ale wydawał się on oddalony ode mnie. W salonie rozpoczął się niezły harmider. Chociaż Letty była spokojna, wiedziała, że coś jest nie tak. Patrzyła na mnie, jakby błagała, abym to naprawiła. Drzwi od szafek otwierały się i zamykały, co chwila wyrzucając ze swojego wnętrza naczynia.
 To nie było normalne. Nawet dla mnie. W końcu odwróciłam się i spojrzałam na ścianę, którą  wcześniej wskazywała dziewczyna. Na obitej deskami ścianie narysowano gwiazdę, a w środku imię. Moje imię, które nikt nie znał oprócz Letty. Nawet w szkolę nie pozwalałam tak na siebie mówić. Zawsze byłam Cass, a oni myśleli, że jest to skrót od Cassandra. I tak miało zostać.
Teraz, gdy krwista maź zdobiła zarówno gwiazdę, jak i jego wnętrze, poczułam lekki niepokój. Zacisnęłam dłonie w pięści, czując jak moje ramię pali mnie od środka. Miałam wrażenie, jakby ktoś przytykał mi ogień do kończyny. Syknęłam, po czym dotknęłam obolałego miejsca. W momencie, gdy wykonywałam ten gest, zimna dłoń zacisnęła się na mojej szyi. Kropelki wody spływały po moim ciele. Podejrzewałam, że wezwaliśmy jednak demona. Bardzo nieprzyjemnego demona, albo ducha, który utonął w rzece. Topielec coraz mocniej zaciskał palce na mojej szyi, a kolejne kropelki wody skapywały z jego dłoni na mnie. W końcu zaczęło mi brakować powietrza. Otworzyłam usta, próbując złapać ostatni oddech. Kątem oka dostrzegłam, jak James biegł w moim kierunku. Czułam zbliżające się łzy w moich oczach. Wiedziałam, że duchy są potężne. Wiedziałam także, że potrafią w wyjątkowych sytuacjach nas dotykać ( szczególnie tuż po ich śmierci), ale nigdy nie doświadczyłam złości ducha. Nigdy nie był na tyle potężny, aby odebrać innej osobie życie. Przynajmniej do teraz.
 Podsunął głowę do mojego ucha, a ja czułam jak jego mokre włosy łaskoczą moje ramię.
- Myślisz, że jesteś bezpieczna?- rechotał mi do ucha. Po głosie poznałam, iż była to starsza kobieta.- Myślisz, że skoro nie ma twoich rodziców, unikniesz swoich obowiązków?- powiedziała.- I tu się mylisz. Jeśli sama nie wypełnisz swojego zadania, my przyjdziemy po ciebie!- krzyknęła, po czym puściła mnie. Zaczęłam głośno kaszleć, próbując złapać oddech. James w końcu dobiegł do mnie i pomógł mi ustać na własnych nogach.
- To ty jesteś wybraną!- ponownie krzyknęła do mnie kobieta. Tym razem stała przede mną, oskarżycielsko wyciągając w moją stronę rękę.- To ty musisz to zakończyć i przestać kręcić się z plugastwem! Inaczej wszystkich nas zabijesz!
 Przerażona, spojrzałam na nią.  Stałą w samej koszuli nocnej, sięgającą jej do kostek. Ubranie było suche, jednak jej ciało całe przemoknięte. Wokół niej nagromadziła się mała kałuża wody.
- Abeunt!- ryknął w jej kierunku kruczowłosy. Duch zniknął, a wszystkie brzęczenie ustało. Odwróciłam się w stronę chłopaka, spoglądając w jego oczy. Świeciły się niemal na czerwono. Tym razem postanowiłam użyć swoich umiejętności. Skupiłam się na nim, jednak nie mogłam nic z niego odczytać. W pokoju rozległy się przerażone myśli Letty, Melany, Camill i Marka. Światło mieszanych aur rozjaśniło przestrzeń wokół nas. Odepchnęłam James'a od siebie i wzrokiem przebiegłam po dwójce pozostałych. Od Jacksona biła biała aura... Chociaż nie. To nie wyglądało na aurę. Biała poświata wydostawała się zza jego pleców. Wyciągnął w moim kierunku rękę.
- Cass, ja ci to wszystko wyjaśnię...- jęknął, na co ja pokręciłam głową, wycofując się w tył korytarzu. Plecami przywaliłam w drzwi. Sięgnęłam po klamkę i otworzyłam je, wychodząc na zewnątrz. Chłopcy ruszyli za mną.
- Nie!- krzyknęłam. Zatrzymali się. - Po prostu...- machałam przed nimi ręką, tworząc nieistniejące figury w powietrzu, Czułam ogromną gulę w gardle.- Wy... widzieliście to- stwierdziłam.- I okłamaliście mnie...- żaden z nich nie odezwał się do mnie. W milczeniu stali przed domkiem, czekając na mój ruch. Złapałam się za głowę.- Wy ich widzicie...
- Cass, to nie tak- zaczął Jackson.- Pozwól, że ci to wyjaśnię...
Zamknęłam powieki. Próbowałam poukładać sobie wszystkie elementy tej pieprzonej zagadki. Moje umiejętności dzisiaj... chyba przeszły na kolejny poziom. Czułam jak coś wewnątrz mnie znowu eksploduje. Coś się uwalniało... I nagle wszystko stało się jasne. Przynajmniej po części.
Iblis daima iblis bulmak - wyszeptałam zdanie, odtworzone w myślach. Zdanie, prześladujące mnie w moich koszmarach. Zdanie, które usłyszałam od ciotki, gdy podsłuchiwałam jej rozmowę telefoniczną. Iblis- demon. To przez niego była tak zmartwiona. I to właśnie przez niego musiałyśmy tyle się przeprowadzać. A teraz... teraz właśnie się dowiedziałam, że oni rzeczywiście istnieją. Chyba.
- Skąd ty to znasz?- warknął w moją stronę wściekły Azz. Brunet przytrzymał jego, gdy ten chciał ruszyć w moją stronę. Wepchnął go do domku i zamknął drzwi.
 Zatrzymałam się obok czyjegoś auta. Czując silny ból w głowie, położyłam dłoń na masce, próbując nie tracić równowagi. Jackson wołał mnie, jednak ja nie reagowałam. Szum z uszów nasilał się. Przymknęłam oczy i nie wiedzieć kiedy, po prostu zapadłam w mrok, czując jeszcze przez chwilę zimną ziemię pod sobą.




Hejka <3 Jest nowy rozdział, chociaż nie taki nowy xd Ostatni rozdział jakoś niezbyt mi przypadł do gustu, więc podzieliłam go na 2 części. Mam zamiar trochę go popoprawiać i dodać różne takie bajery :D 
Jeszcze trochę i zabieram się za nn <3
Pozdrawiam
S.