wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 6 " Świat się nie zmienia - to my się zmieniamy"

 Ciemność - to była jedyna rzecz, o której myślałam. Którą czułam i byłam tego w pełni świadoma. Ogarnęła moje ciało i duszę.
 Mrok otaczał mnie ze wszystkich stron. Próbowałam unieść rękę, zacisnąć dłoń, ale nie mogłam wyczuć swojego ciała. Jakbym sama stała się powietrzem. Po prostu nie istniałam...
 Nagle naszła mnie pewna myśl - Może, ja rzeczywiście nie istniałam? Może to właśnie nas czekało po śmierci? Jedna wielka Nicość.
 Nie! Nie mogłam umrzeć! To był nieprawdopodobne, ale... Właściwie, to kim ja byłam? Czy zawsze to mnie otaczało? Czy... czy istniałam jako niezależna materia wcześniej, zanim doprowadziłam się do takiego stanu? I dlaczego właściwie się tu znalazłam?
 Milion pytań - żadnych odpowiedzi.
 Usłyszałam cichy szept, jednak nie wiedziałam skąd pochodzi. Tak, jak ja, zlał się z nicością.
 Krzyknęłam, chociaż tak naprawdę nie wydałam z siebie żadnego odgłosu. Byłam sama, z czymś czającym się gdzieś w ciemnej przestrzeni.
 I znowu to usłyszałam - ciche warczenie, które przeszyło moje ciało ( albo czymkolwiek byłam ). Nie wiedziałam czy mam oczy otwarte, i czy je w ogóle posiadam, ale to było bez różnicy. Wszystko wyglądało tak samo.
 Nagle poczułam, jak coś wokół się zmienia. Delikatne szarpnięcie z boku, które przyczyniło się do zawrotów głowy.
 Nie... Tylko nie znowu... - pomyślałam, nie wiedząc dlaczego.
Miałam wrażenie, że się unoszą, albo spadam. Jednak jednego byłam pewna - przemieszczałam się i nie umarłam. A ktoś właśnie się o mnie upomniał.

***

 Otworzyłam oczy i od razu tego pożałowałam. Wraz z pojawieniem się światła, pojawił się ból głowy. I to nie byle jaki. Nawet, gdy ze wszystkich stron atakowały mnie cudze myśli nie odczuwałam to aż tak wyraźnie. Miałam wrażenie, jakby ktoś po prostu walił mnie młotkiem po głowie.
 Po kilku minutach wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Gdy moje zmysły wracały na swoje miejsce, zauważyłem, że znajdowałam się we własnym pokoju. 
 Nie wiedziałam czemu, ale byłam pewna, że powinnam być gdzieś indziej. Nie miałam pojęcia, jak trafiłam do swojego pokoju, ale... Nie. Musiałam iść. To nie było moje miejsce. Wiedziałam, że musiałam zrobić coś ważnego, tylko nie wiedziałam co. 
 Chwyciłam torbę i wybiegłam z domu, kierując się w stronę szkoły. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i zauważyłam, że jest kilka minut po siódmej. Letty na pewno jeszcze była w domu, a ciotka... miałam nadzieję, że domyśli się, iż już wyszłam do szkoły. 
 Dotarłam do niej w kilka minut, doceniając jednocześnie szybkość tramwajów. 
 Z racji tego, iż przed budynkiem nie było nikogo znajomego, skierowałam się do biblioteki. 
 Błądząc przez różne regały szukałam pani Steele. I w końcu znalazłam ją, układającą książki na swoje miejsca. 
 - Kruszynko! - Zawołała dostrzegając mnie. 
Florence stał tuż obok niej i pochylając się sprawdzał książki, które miała. Na mój widok uśmiechnął się, jednak zaraz na jego twarzy pojawił się grymas. 
 - Dziękuje, że w końcu sobie o mnie przypomniałaś! - Krzyknął, po czym ruszył przed siebie.
 Zignorowałam jego fochy i skupiłam się na staruszce. 
- Mam dla ciebie idealną książkę - powiedziała radośnie. 
- Dziękuje, ale jeszcze nie przeczytałam ostatniej...
- To nic! - przerwała mi.- Ta na pewno ci się spodoba.
 Powoli wstała i, zostawiając wózek, udała się do swojego biurka. Postanowiłam za ten czas odnaleźć Florenca. 
 Jak zwykle siedział w swoim koncie i z uniesioną głową do góry, pogardliwie spoglądał na wszystkich krzątających się po bibliotece. 
- Możemy porozmawiać? - zapytałam, siadając obok niego.
 - Cóż... Dżentelmenom nie przystoi ignorować tak pięknych i nieprzyzwoitych kobiet. A więc słucham. Co chciałabyś mi powiedzieć? Może jakieś przeprosiny? 
- Przecież jestem tutaj prawie codziennie... Czasami nie mam czasu z tobą porozmawiać, ale ty też mógłbyś raz wyjść do ludzi - przerwałam na chwilę - czy też nieludzi i spędzić z nimi trochę czasu. Jak można od kilku stuleci nie wychodzić z tej biblioteki? 
 Florence otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, gdy tuż obok mnie pojawiła się bibliotekarka, wyciągając do mnie dłoń z książką.
 - Dziękuje - powiedziałam, a następnie spojrzałam na tytuł. - Romeo i Julia? Przecież ostatnio mi ją pani dała. Jeszcze nie skończyłam jej czytać.
- Nie dawałam ci żadnej książki - zaprotestowała. - Ale powinnaś ją teraz zacząć czytać.
- W domu ją przeczytam. Obiecuję - uśmiechnęłam się do niej, a następnie sięgnęłam po torebkę, aby ją wrzucić do środka. Jej dłoń spoczęła na mojej, przez co uniosłam głowę, aby spojrzeć jej w oczy. Patrzyła na mnie surowym wzrokiem - zupełnie nie podobnym do niej. 
- Otwórz ją. Teraz - nakazała. 
Wypuściłam głośno powietrze i otworzyłam na stronie tytułowej. Jednak nie widniał na niej tytuł książki, tylko zdanie. Napisane w innym języku, jednak ten język był mi znajomy. " Iblis daima iblis bulmak". 
- Nie rozumiem - powiedziałam. - Co to znaczy?
- Czytaj! - Krzyknęła kobieta, a przez moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. 
Odwróciłam się do Florenca i, ignorując fakt, że ktoś usłyszy moją rozmowę z nim, zwróciłam się do niego:
 - Nie ma mnie parę dni, a wy już świrujecie? - Zaśmiałam się.
Duch zmierzył mnie zdziwionym spojrzeniem.
- Nie było cię więcej niż kilka dni - wyznał. - Castiel, jesteś poszukiwana od ponad dziesięciu lat - powiedział, a następnie znów pojawiła się nicość. Ciemność znów mnie do siebie wzywała.

***

- Castiel! - Zawołała kobieta. - Chodź! Zaraz jedziemy do babci.
Czterolatka z trudem zeszła po schodach, zaciekle trzymając się poręczy. Jednak nie poprosiła kobietę o pomoc. Chciała pochwalić się swoim drobnym sukcesem. 
- Mamo... - jęknęła dziecięcym głosem. - Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywała. Nie lubię swojego imienia - oburzyła się. 
Brunetka klęknęła przed nią na jedno kolano, po czym pomogła jej założyć kurtkę. 
 - Czemu? Jest piękne... Dla aniołka idealnie pasuje - zaśmiała się.
 Dziewczynka zmarszczyła swój malutki nosek, a następnie skrzyżowała ręce na piersi i tupnęła nogą o podłogę. 
- Ale powiedziałaś, że to nie jest anielskie imię! Sama mi mówiłaś, że one kończą się na"l" tak, jak moje, ale ja nie jestem aniołkiem...
- Kochanie, każde imię kończące się tak należy do aniołów. Ty jesteś człowiekiem, więc twoje imię także musi być wyjątkowe. Castiel jest bliższe Bogu niż Rafael, albo Gabriel. 
- To jest głupie - zaprotestowała.
 - Kiedyś może zrozumiesz- westchnęła kobieta ubierając jej czapkę. Trąciła puchową kuleczkę na jej czubku. 
- Pójdziemy na koniki? - zapytała przepełniona entuzjazmem. 
- Jeśli babcia się zgodzi to... - kobieta nie dokończyła, gdyż jej córka wybiegła z domu wykrzykując imię jej ulubionego konia.


***

 Otworzyłam oczy i tym razem postanowiłam upewnić się, że to nie jest kolejny sen. 
 Leżałam sama na łóżku. Jednak w pokoju był ktoś jeszcze. Oprócz Mitcha, na kanapie siedział też Jackson. Oparł łokcie na kolanach, a twarz schował w dłoniach. 
 To na pewno nie był żaden sen. Pamiętałam wczorajsze wydarzenia. Nasza mała kłótnia z Markiem, moja większa sprzeczka z Jamesem, zabawa w domu i... niefortunne wywoływanie duchów. A także jego skutki. Od razu chwyciłam się za szyję. Nie wyczułam żadnych śladów, więc... może to mi się przyśniło?
 Mitch spojrzał na mnie, gdyż usłyszał, że się poruszyłam. Na jego twarzy zabłąkał się mały uśmieszek. Żałowałam, że zostałam zdemaskowana. Najchętniej zostałabym jeszcze w łóżku tak, aby nikt mi nie przeszkadzał. Ale cokolwiek bym nie zrobiła, od problemów nie można było uciec. 
 Gdy Mitch się poruszył, Jackson uniósł głowę i spojrzał na mnie. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że on go widzi. I to wszystko rzeczywiście się wydarzyło...
- Cass - szepnął, a w jego oczach dostrzegłam ulgę.
 Poderwał się na nogi i już po chwili klękał przed łóżkiem, trzymając moją dłoń w swojej i składając na niej drobne pocałunki.
 - Dzięki Bogu, w końcu się obudziłaś... 
 Zabrałam mu dłoń i usiadłam na łóżko. Wzięłam poduszkę do rąk, po czym ją przytuliłam. Nie wiem czemu, ale poczułam się przez to lepiej. 
 - Cass... pozwól mi to wyjaśnić - zaczął.
 - Och! Mam nadzieję, że mi to wyjaśnisz. Okłamałeś mnie. Ty, James i Azz. Czy ktoś jeszcze należy do waszej zgrai? 
Chłopak przetarł dłonią twarz, a następnie głośno wypuścił powietrze.
 - Nie okłamaliśmy cię, Cass. To było niedopowiedzenie, a nie kłamstwo.
 - Nie lubię niejasności, ani żadnych niedopowiedzeń. Byłeś ze mną i ukrywałeś takie coś przede mną? To również zalicza się do kłamstwa. Zdajesz sobie sprawę, jak ja się czułam? Przez te wszystkie lata myślałam, że jestem sama. Że jestem jakąś świruską, a teraz pojawiacie się wy i jesteście tacy jak ja!
 - Proszę... Wysłuchaj mnie chociaż przez chwilę. Mam ci tyle do powiedzenia.
 - Słucham - ścisnęłam jeszcze bardziej poduszkę, próbując jakoś potrzymać się na duchu. Tak naprawdę miałam ochotę się rozpłakać. Zwinąć się w kłębek i pozwolić ogarnąć się rozpaczy. Ale nie mogłam na to pozwolić. 
 - Nawet nie wiem od czego zacząć - westchnął.
 - Może od tego dlaczego Azz tak zdenerwował się na moje słowa? Albo najpierw powiedz mi kim wy jesteście.
 - Jeśli chodzi o nas... To tak naprawdę nie przepadamy za sobą. Owszem, łączy nas wspólna przeszłość, ale jesteśmy tak jakby swoimi wrogami. Cass... To, że się poznaliśmy nie był zwykłym przypadkiem. Ja miałem cię przed nimi chronić, ale gdy oni postanowili zaingerować w twoje życie, ja też musiałem - zamilkł, spoglądając na swoje dłonie.
 Jeśli wcześniej chciało mi się płakać, teraz chyba osiągnęłam swój limit. Rzuciłam poduszkę,  po czym wstałam. Chwyciłam swoją torebkę, a następnie sprawdziłam czy jest w niej telefon. O dziwo znalazłam go tam. 
- Powiedz mi jedno, Jackson. Czy to, że byliśmy razem było wynikiem uczucia, czy skutkiem pojawienia się ich?
 Spojrzał mi prosto w oczy. Dostrzegłam w nich smutek i chyba odrobinę współczucia. Nie musiał mi odpowiadać. Prawdę miał wypisaną na twarzy. 
 Wybiegłam z pokoju i zignorowałam jego wołania. Żadne przeprosiny nie mogły uśmierzyć bólu, jaki odczuwałam. Zostałam wykorzystana, Od tak ktoś postanowił pobawić się moimi uczuciami. Nawet nie miałam ochoty słuchać jego wyjaśnień, chociaż wciąż miałam milion pytań. Ale w tym momencie zapragnęłam żyć w słodkiej niewiedzy, przepełnioną ciszą. 
 Schodząc ze schodów dostrzegłam w salonie siedzącego Azza. Podniósł głowę, a gdy dostrzegł mnie od razu wstał i opuścił pomieszczenie. W sumie, nawet i dobrze. Nie miałam zamiaru z nikim rozmawiać, a zwłaszcza z nim. 
 Na zewnątrz spotkałam Jamesa. Jednak on nie olał mnie tak, jak jego przyjaciel. Złapał mnie w szczelnym uścisku i, pomimo moich protestów, krzyków i uderzeń, nie wypuścił. Gdy już się uspokoiłam, zauważyłam Jacksona oglądającego całą tą szarpaninę, Kruczowłosy nakazał mu skinięciem głowy wrócić do środka, co oznaczało, że zamierzał sam ze mną porozmawiać.
 - Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać - oznajmiłam. - Chociaż nie wiem jak ciekawe rzeczy miałbyś mi do powiedzenia, nie chcę o tym rozmawiać. 
 - Więc będziesz słuchać. I uwierz mi, Elfiku, nie puszczę cię, jeśli chociaż po części nie wysłuchasz tego co mam ci do powiedzenia. 
 Zrobiłam naburmuszoną minę, tak jak dziecko, któremu odebrało się jakiś smakołyk, co rozbawiło Jamesa i jednocześnie jeszcze bardziej mnie zirytowało.
Wiedząc, że ze wszystkich sił będę stawiała opór - przerzucił mnie przez ramię i bez większego wysiłku zaprowadził nad jezioro.
 Oczywiście nie obeszło się bez moich krzyków i wyzwisk. 
Posadził mnie na niewielkim molo i usiadł obok. Stopami prawie dotykałam wody, więc lekko sunęłam butami po niej, tworząc różne mazaje i kółka. Chciałam mieć tą rozmowę już za sobą. I zniknąć w cholerę. Albo po prostu wrócić do domu. 
 - Jeśli później będziesz chciała, odwiozę cię do domu - zaoferował się. - Ale najpierw mnie wysłuchasz, Cass.
 - Czy w myślach też potrafisz czytać? - zainteresowałam się.
 - Zamknij się i słuchaj - westchnął. - Ten dupek zaczął od dupnej strony - skrzywił się.
 - Był szczery - broniłam go, chociaż nie wiedziałam dlaczego. - Nie udawaj, że to cię nie cieszy. 
 - Cass, oczywiście, że jestem szczęśliwy. Ale dlatego, że zerwaliście, a nie dlatego, że tak cię oszukał. Nigdy nie byłem zachwycony tym, że byliście parą. Może gdybym był milszy, nasze losy inaczej by się potoczyły?
- I myślisz, że od tak bym się w tobie zakochała? Przyszedłbyś, powiedział parę miłych słówek, a ja padłabym ci w ramiona? Tym razem twoje ego cię przerosło - warknęłam. 
 - Przepraszam - powiedział skruszony. - Ta cała sytuacja jest z pewnością dla ciebie bardzo trudna, a my w żaden sposób ci tego nie ułatwiamy. Próbuję wymyślić najodpowiedniejsze wyjaśnienia, ale to jest trudne...
 - Więc zacznij mówić czym wy jesteście. Skoro także widzicie duchy... i czytacie w myślach... może ja też nie jestem człowiekiem? 
 - Tak naprawdę ja i Azz jesteśmy demonami - powiedział, a ja prychnęłam. - Nie chciałem ci tego mówić, gdyż było trochę za wcześnie... Wiedziałem, że tak zareagujesz, Cass. Nie jesteś jeszcze gotowa, aby znać prawdę. Ale nie ma innego wyjścia.
 - Więc kontynuuj - zachęciłam. 
 - Znasz się na demonach, Cass? - zapytał. - Jeślibyś miała mnie porównać do jednego z nich, to do kogo? - zmarszczyłam powieki.
 Nie znałam żadnych demonów. Oprócz kilku, które były wymienione w książkach, ale nawet nie wiedziałam czy byli prawdziwi. Po prostu istnieli w nich. Tak, jak on teraz. 
 - Skup się na mojej aurze - polecił.Tak też zrobiłam.
 - Jest zielona - wyznałam sfrustrowana.
 - No właśnie. A teraz skup się na niej. Dostrzegasz coś?
Nie wiedziałam co miałabym niby znaleźć. Miałaby pojawić się jakiś demoniczny napis? 
Parsknęłam śmiechem, gdy rzeczywiście z drobnych nitek, które tworzyły aurę, utworzył się mały znak. Znak Beletha. 
 - Beleth - szepnęłam. Nawet nie wiedziałam skąd przyszło mi to do głowy. 
 - Właśnie - potwierdził. - Tak na prawdę nazywam się Beleth. Jestem demonem, Cass. Jak już wcześnie usłyszałaś, Jackson miał cię chronić przed nami. Gówno prawda - oburzył się. - To ja tak naprawdę jestem tutaj by cię chronić nie on. Ja zostałem twoim strażnikiem. Ja chroniłem cię przed aniołami takimi, jak on. Ja całe życie próbowałem cię bronić przed przeznaczeniem. Ja byłem przy tobie, gdy groziło ci niebezpieczeństwo, a nie on. To ja cię uratowałem, zanim utonęłaś, a nie on! 
 W chwili, gdy zorientował się co powiedział, jego słowa dotarły do mnie.
 - B... byłeś tam wtedy? Gdy ja... - jęknęłam. 
 Nagle zalały mnie wspomnienia z tamtego dnia. Dnia, którego ukryłam w najgłębszych zakamarkach swojego umysłu. 
 Znowu tam byłam. Znowu wołałam pomoc. Widziałam umierających rodziców. Ostatnie ich słowa, które nadal nie rozumiałam. Ostatni wdech. Ostatnia łza. I znowu tonęłam, a ciemność ponownie we mnie zagościłam. Czy to nie był sen? Czy ja... żyję? 
Nie potrafiłam rozróżnić rzeczywistości od fikcji czy wspomnień. Co tak naprawdę stało się w dniu wypadku? I dlaczego... dlaczego przede mną pojawiło się jezioro, w którym kiedyś omal nie zginęłam? 


 Chciałabym Wam życzyć Wesołych Świąt! Smacznego jajka xd i wszystkie inne smakołyki, jakie znajdą się u Was na stole. Żeby wszystkie łakocie poszły Wam  w cycki! I żeby za dużo kilogramków nie przybyło :D Autorom życzę, aby mieli więcej czytelników i komentarzy :D Aby ktoś docenił ich pracę, a czytelnikom życzę, aby znaleźli zajebiste opowiadanie ;)
 Ogólnie życzę Wam wszystkich Zdrowych i Wesoły Świąt :* Pijanego Sylwestra i udanego przyszłego roku ;)